Ustawa telekomunikacyjna, dostosowująca polskie prawo do unijnej dyrektywy, ma poprawić życie klientom.
— Chciałabym, by z umowy za usługę telekomunikacyjną jasno wynikało, kto z kim zawiera umowę, za ile i na co. Reszta regulacji powinna znajdować się w regulaminie. Teraz nie zawsze umowa jest czytelna ze względu na jej obszerność — mówi Magdalena Gaj, wiceminister infrastruktury.
Przeciw naciąganiu
Ustawa ma dopuścić wysyłanie klientom rachunku telefonicznego w formie elektronicznej, ma uregulować usługi premium rate, przeciwdziałać naciąganiu na SMS-y i loterie.
— Ma też uregulować szczegółowo możliwość nałożenia obowiązku separacji funkcjonalnej i uporządkować gospodarkę częstotliwościami, z których część leży teraz na półce u operatorów — mówi Magdalena Gaj.
Najbardziej kontrowersyjnym zapisem ustawy jest wymóg, by operator zagwarantował minimalną prędkość oferowanego internetu — nie mniej niż 90 proc. tego, co teoretycznie oferuje klientom. Faktyczna przepustowość jest często dużo niższa niż deklarowana. Operatorzy twierdzą, że spełnienie tego wymogu jest po prostu niemożliwe.
Spóźnienie na rękę
Ustawa miała wejść w życie 25 maja, zgodnie z wymogami Unii Europejskiej. Ale prędko jej nie zobaczymy.
— Szanse, że trafi do Sejmu przed wakacjami, oceniam na 10 proc. Jeśli zostanie uchwalona do końca roku, to będzie sukces — mówi Magdalena Gaj.
Więcej w poniedziałkowym "Pulsie Biznesu". Kup online!