Telewizja prywatna może być bardziej publiczna

Adam Sofuł
opublikowano: 13-03-2008, 00:00

Politycy Platformy Obywatelskiej to nieuleczalni zbereźnicy i nagminnie używają brzydkiego słowa na „p” — prywatyzacja. Tym razem w odniesieniu do publicznej (z nazwy) telewizji. Trzeba jednak zauważyć, że premier Donald Tusk okazał się dżentelmenem, bo odciął się od prywatyzacji telewizji publicznej, głoszonej przez jego najbliższego doradcę Rafała Grupińskiego. Po kolejnej fali pomysłów PO dotyczących funkcjonowania publicznych mediów wiemy jeszcze mniej niż na początku dyskusji. A szkoda.

Prywatyzacja jednego z kanałów telewizji publicznej byłaby dobrym pomysłem, gdyby rzeczywiście była poważnie rozważaną koncepcją, a nie jedynie kolejnym propagandowym hasełkiem. O tym, że to jedynie balon próbny, świadczy to, że propozycja ta nie wpisuje się w żadną spójną koncepcję funkcjonowania publicznych mediów. Nie wiadomo, jak pomysł prywatyzacji jednego z kanałów ma się do pomysłu zmiany likwidacji abonamentu, co z najbardziej chyba „misyjnym” kanałem TVP Kultura, co z planami cyfryzacji. Jeśli zaś sprzedajemy jeden kanał TVP, to komu — czy obecnym już na rynku graczom, czy wpuszczamy nowego medialnego rekina, by zaostrzyć konkurencję. Z każdym nowym pomysłem pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi.

Premier Donald Tusk wie, że pomysł częściowej prywatyzacji TVP jest kontrowersyjny, więc tematu unika, patrząc uważnie, kto się wczoraj na tezy Grupińskiego oburzył bardzo, a kto tylko troszeczkę. Podobnie było zresztą z abonamentem — najpierw politycy PO zapowiedzieli likwidację abonamentu. Gdy podniósł się krzyk oburzenia, wycofali się z pomysłu, ale na krótko. Teraz trwają prace nad zniesieniem abonamentu dla emerytów, a według najnowszych zapowiedzi reszta zostanie uwolniona od telewizyjnego haraczu w przyszłym roku. Możliwe więc, że za parę tygodni (miesięcy?) temat prywatyzacji TVP wróci. Chociaż nie na pewno.

Politycy raz zdobytej władzy nad mediami publicznymi łatwo nie oddadzą. Wszak telewizyjne studio to dla nich obecnie główne miejsce uprawiania polityki (nie jest to wbrew pozorom Sejm ani kancelaria premiera), a jeśli jeszcze jest to studio przyjazne, to czego chcieć więcej. Z własnej woli tej zabawki nie oddadzą. I nawet przez myśl im nie przejdzie, że prawdziwa telewizja publiczna to nie miejsce pyskówek, że oprócz tzw. publicystyki może być również miejsce na edukację, programy popularno-naukowe. Są kanały prywatne (np. Discovery, National Geographics, Planete), które postawiły na te właśnie dziedziny i wcale nie są deficytowe. Może po prywatyzacji części TVP będzie takich programów więcej niż w czasie,

kiedy ta telewizja dla zmyłki nazywała się publiczną.

Adam Sofuł

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu