Z gazetą jest jak z drużyną piłkarską: są dwie koncepcje, jak osiągnąć sukces. Jedna zakłada, że należy stworzyć dream team. Gwiazdy mają wytyczyć kierunek i pokazać, jak grać. Drugą preferuje, na przykład, trener GKS Bełchatów Orest Lenczyk: że siłą drużyny jest wyrównany zespół i orka na boisku.
Prasa tym się różni od piłki nożnej, że w ostatnich latach nie zdarzyło się, by ktoś chciał zdobyć rynek bez pomocy znanych twarzy. W umysłach wydawców zakorzeniło się przekonanie: bez gwiazd nie pociągniemy i sukces tytułu bez naczelnej, która weszła na Mount Everest lub przynajmniej prowadzi jakiś program w telewizji, wydaje im się nieosiągalny.
Przykład „Dziennika” pokazuje jednak, że nadmiar gwiazd zabija — prowadzi do nadmiaru i powoduje schizofreniczny szum. Publikując wszak na jednej stronie komentarz Jadwigi Staniszkis, a na sąsiedniej Janusza Rolickiego lub dając wkładkę WSJ, nazywającą zwolenników lustracji inkwizytorami, a obok felieton Bronisława Wildsteina, wcale nie zyskuje sobie opinii oazy tolerancji, ale raczej pisma niespójnego programowo.
Zbigniew Bajka
medioznawca, Ośrodek Badań Prasoznawczych Uniwersytetu Jagiellońskiego