Odkąd pojeździłem BMW 5GT, stało się dla mnie jasne, kto zatopił Titanica. Wiem, kto przetrzymuje obcych w Roswell. To Oni. Mogą praktycznie wszystko i wszystko wskazuje na to, że ta tajemnicza organizacja przyczyniła się do stworzenia BMW 5GT. Dlaczego? Przecież to jasne!

Szaleństwo na 19 calach
Są wszędzie. W najdroższych hotelach i w obskurnych katakumbach, w gabinetach owalnych i kwadratowych, w Watykanie i w CIA, a nawet w mieszkaniu po drugiej stronie korytarza. Czasem zakładają maski, czasem wyglądają zupełnie jak ty. Przez "Onych" wybuchła rewolucja francuska i umarł Elvis. Ale też dzięki Nim Elvis jednak żyje. To Oni wyhodowali AIDS, by zniszczyć homoseksualistów, i świńską grypę, by zabić nas wszystkich. Wreszcie to niewątpliwie Oni odpowiadają za to, że na rynku pojawiają się tak przedziwne samochody jak BMW 5GT. Bo tak na chłopski rozum, po co komu auto, które jednocześ-nie jest i nie jest limuzyną? Czasem tak, innym razem siak. Drzwi jak w coupe, bagażnik jak w Skodzie. Moc bolidu, gracja limuzyny. Ordynarny jak SUV i piekielnie wygodny. Kto go będzie używał? To nowa klasa w motoryzacji? Czy po prostu nowy sposób "Onych"? Tylko Oni potrafią tak namieszać, żeby nie dało się… odmieszać. Szaleństwo.
Krok za krokiem zbliżam się do srebrnoniebieskiego 5GT. Nawet kolor jakiś trudny do zdefiniowania. Oglądam auto z tej i z tamtej. Ogarnia mnie szaleństwo spisku. Ale koła ma piękne.
Któż to?
Paniczna potrzeba uzyskania odpowiedzi na pytanie, dlaczego BMW wygląda właśnie tak, komu ma służyć i kto oraz co chce przez to osiągnąć. Od początku.
Sama koncepcja jest podejrzana. Otóż auto nazywa się 5GT, mimo że z nową serią 5 nie ma wiele wspólnego, ze starą zresztą też nie. Nie chodzi tu o użyte podzespoły, ale o zupełnie inny charakter. Po części można uznać, że to seria 5 (tak wypada z wielkości), po trosze jednak jest to X6 (za sprawą wysokości i pojemności). Jest w tym aucie spora dawka serii 7, ale i odrobiny serii 6. Po zmieszaniu wyszło Niemcom, że to jednak 5. Dziwnie jakoś policzyli. Niemniej pod względem czysto technicznym GT to zmieszane serie 5 i 7. Czyli 12. A ta liczba ma znaczenie astrologiczne, gdyż przedstawia 12 znaków Zodiaku, 12 miesięcy i 12 bram raju. Przypadek?
Porzućmy na chwilę tropienie spisku. Pierwsze wrażenie po zajęciu miejsca w środku jest takie, że… siedzę w vanie. Wysoko poprowadzona linia dachu i wyższa pozycja za kierownicą. Wokół mnóstwo wolnej przestrzeni. To nowość. Nawet w innych dużych modelach BMW nieustannie towarzyszy kierowcy uczucie otulenia samochodem. Tu jest inaczej. No, van normalnie. Wystarczy się jednak obejrzeć, by stało się jasne, że to nie babyboom stał się impulsem do stworzenia tego cacka. Tylna kanapa to nie kanapa. Dwa osobne w pełni regulowane foteliska z nieprawdopodobną ilością miejsca na nogi. A wielkość miejsca nad głową i przed sobą godna serii 7 i to przedłużanej.
Relaksu to czas
Pod maską chwilowo mojego BMW 5GT pracował ochoczo, ale i niesamowicie cicho, silnik V8 o pojemności 4,4 l, wyposażony w turbo. Co to oznacza? 407 KM, 600 Nm i 5,5 s do setki. Trzeba jednak zawierzyć danym, bo na własne receptory nie ma co liczyć. Auto jest tak wyciszone i zawieszone, by każdy z pasażerów, włączając kierowcę, był kompletnie nieświadomy tego, że podróżuje. W ogóle czasami można się zapomnieć i do końca ulec wrażeniu, że auto jedzie samo. Czy to tylko wrażenie?
BMW 5GT jest tak naszpikowane wszystkim, co elektroniczne i nowoczesne, że gdyby Oni zechcieli przejąć nad nim kontrolę, to z pewnością by się Im udało. Trzeba jednak przyznać, że rozwiązania z pogranicza elektroniki i stylistyki zastosowane w tym samochodzie powalają. Zegary, które w trzech czwartych są analogowe, a w reszcie cyfrowe, ogromny wyświetlacz obudowany tak, że wygląda jak telewizor plazmowy jakiejś designerskiej marki, niebieskawe neony ukryte pod przekłamaniami deski rozdzielczej i inne smaczki mające uprzyjemnić kierowcy obcowanie z tym sprzętem albo… uśpić jego czujność.
Auto waży grubo ponad 2 tony i choć owo cielsko spoczywa na przepięknych kołach, to łączy je z nimi stosunkowo wysokie i miękkie zawieszenie. To rozwiązanie sprawia, że kierowca 5GT raczej nie zostanie obwołany królem zakrętów. Oczywiście, nowa beemka nie jest autem wyłącznie na prostą, ale do zwinności "normalnej" piątki jej daleko.
BMW 5GT przekonuje do siebie przestrzenią i niekonwencjonalnym, żeby nie powiedzieć kontrowersyjnym, podejściem. Oto bowiem stoi przed państwem "suvovanolimuzynocoupe". Godne miana auta dla wymagających malkontentów. Naprawdę trudno się do czegokolwiek przyczepić. Ale oczywiście można. Choć tym razem, ze względu na Nich, wolę tego nie robić.
Zupełnie poważnie. BMW, jak to BMW, nie ma zbyt wielu wad. Osobną sprawą jest odbiór tego auta, ale to w dużej mierze zależy od gustu, a więc czegoś zupełnie niemierzalnego. Nie ulega jednak wątpliwości, że 5GT to auto dla "chodzących na przekór", może trochę buntowników unikających przetartych ścieżek. Jest oryginalne, co nie znaczy brzydkie. Z pewnością nie zabraknie ludzi, którzy się w nim zakochają — choćby z przekory wobec motoryzacyjnej mody.
W białym kitlu
Nie ma nic za darmo. Po pierwsze, cena: oryginalność kosztuje. W tym przypadku od 350 tys. zł za wersję 550i. Po drugie, przestrzeń. Wygospodarowanie połaci na nogi szanownych pasażerów okupiono skromnym (jak na rozstaw osi) bagażnikiem. Otwierana na dwa sposoby tylna klapa — możemy otworzyć albo całość z szybą (pomagają w tym silniczki elektryczne), albo tylko małą tylną klapę (tutaj musimy już użyć własnych mięśni) — skrywa krótką, choć wysoką, przestrzeń (nieco ponad 440 l).
BMW serii 5 Gran Turismo może być opcjonalnie wyposażone w szereg rozwiązań z palety tzw. BMW ConnectedDrive, takich jak aktywny tempomat z funkcją Stop Go, asystent świateł drogowych, funkcję rozpoznawania pasa ruchu ze wskaźnikiem ograniczenia prędkości, ostrzeżenie o zmianie pasa ruchu, BMW Night Vision z rozpoznawaniem osób, kamera przednia (Side View i Top View) i kamera cofania.
Ponadto BMW ConnectedDrive oferuje takie funkcje, jak BMW Online, BMW Assist, usługi BMW TeleService czy udoskonaloną funkcję wzywania pomocy, informującą o lokalizacji pojazdu.
Może to nie jest inwigilacja? Nikt mnie nie przekona, że bohaterowie filmów: "Wszyscy ludzie prezydenta", "JFK", "Trzy dni kondora", "Wróg publiczny", "Raport Pelikana", "Wierny ogrodnik" czy wreszcie "Z Archiwum X" się mylili. Oni istnieją. Działają. Widzę i słyszę…
— Tylko gdyby zechciał pan, panie doktorze, na chwilę poluźnić rękawy, bo chciałbym się podrapać w nos.
