To jeszcze nie koniec przeceny

Kamil Zatoński
opublikowano: 2005-10-28 00:00

Sytuacja na rynku walut i obligacji jest bardzo niepewna. Od tego, co zrobi PiS, zależy, czy za euro trzeba będzie płacić nawet 4,20 zł.

Od zamknięcia rynku we wtorek, kiedy jeszcze wydawało się, że rozmowy koalicyjne zmierzają w dobrym kierunku, złoty stracił do euro około 2 proc., a kurs przełamał psychologiczny poziom 4,00 zł, ostatnio notowany na przełomie sierpnia i września. Zwyżkował także kurs USD/PLN (o 1,8 proc. do 3,30 zł). Biorąc pod uwagę ruchy na rynku międzynarodowym, faktyczne osłabienie złotego do obu walut sięgnęło 1,6 proc. Powody do niepokoju mają także ci, którzy zaciągnęli kredyt we frankach szwajcarskich — kurs CHF/PLN zwyżkował w ciągu dwóch dni aż o 2,1 proc. do 2,60 zł. W tym samym czasie rentowności obligacji przesunęły się w górę o 30-40 pkt baz., a obroty na rynku są pięciokrotnie większe niż w ubiegłym tygodniu, co pokazuje skalę wychodzenia kapitału z rynku.

— Wydaje się, że w ceny obligacji jest już wliczone powstanie rządu mniejszościowego. Inwestorzy na razie jeszcze nie zdyskontowali tego, co taki rząd będzie ewentualnie robił w sprawach gospodarczych, ani jaki będzie zakres jego współpracy z Samoobroną i LPR — mówi Andrzej Skraba, diler Societe Generale (SG).

— Jeśli zagraniczni gracze zobaczą, że rząd współpracuje z populistami, to będzie bardzo negatywny sygnał. Wtedy kurs euro mógłby wzrosnąć do 4,10 zł. Jeśli w dodatku rząd zacząłby uwzględniać postulaty tych partii, to wtedy możliwy jest kurs 4,20-4,30 za euro i rentowność obligacji na poziomie 6 proc. — uważa Tomasz Kurkowski, analityk Banku Handlowego.

Zdaniem Andrzeja Skraby, obecna sytuacja przypomina tę sprzed dwóch lat, kiedy budżet znalazł się w fatalnym stanie, a zagranica postanowiła gremialnie opuścić nasz rynek.

— Gracze w takich warunkach żądają znacznie wyższej premii za ryzyko, więc poziom rentowności obligacji około 6 proc. nie jest odległy — dodaje diler SG.