To nie tak, jak myślisz

Życie jest piękne. Pomyślcie tylko — wakacje, słońce, auto bez dachu. Niecałe pięć sekund do setki. Do tego tysiące zazdrosnych spojrzeń. Słodko! I tak sobie czerpiesz z tych dobroci garściami. Ale uważaj: na Koenigsegga i fantazję. Żeby nie poniosła cię... do rowu.

Koniec czerwca (wiem, że teraz jest koniec sierpnia — retrospekcja będzie). Jeszcze raz. Koniec czerwca. Bliskie przekwitnięcia bzy wciąż mocno pachną. Pojawiające się znikąd nawałnice zalewają deszczem ulice i wypełniają powietrze wonią mokrego asfaltu. Grono pedagogiczne na luzie, oceny wystawione i butów nie trzeba zmieniać. Pasjami uwielbiałem ten czas... Pasjami uwielbiam go nadal. Zazdroszczę uczniom podstawówek, gimnazjów i liceów mrowiącego uczucia, jakie pojawia się w okolicy mostka na myśl o wakacjach. Normalnie piątek siedem dni w tygodniu.

Wielokrólewie

20 lat minęło, odkąd ostatni raz piątek trwał cały tydzień. I co z tego, że jestem siwy. Co z tego, że jadę do pracy, a nie idę do szkoły. Co z tego, że mam kredyt, a nie kredę. Tak, urlop ma tylko 26 dni, wtedy miał ponad 60. Koniec czerwca zobowiązuje. Mrowi mnie. Ciało jedzie do pracy, reszta pakuje się na wakacje. Obmyślam, gdzie by tu wyjechać, czym i co robić na miejscu. Liczę na solidny odpoczynek, obiecuję sobie spanie do południa. Potem przechodzę do konkretów. I pojawia się brutalna rzeczywistość. Bardzo mało szkolna. A to, że sam muszę zapłacić (mama jakoś już się nie narzuca z kieszonkowym), a to, że wieczny brak „wolnych środków”, i w końcu, że budżet. Po analizie tego przeznaczonego na urlop zazwyczaj dochodzę do wniosku, że… w zasadzie to nie jestem zmęczony.

Po co to wszystko napisałem? Bo tak samo jest z samochodami. Identycznie. Szczególnie z autami takimi jak Audi RS5. Czujecie mrowienie?

Mówi się, że król jest tylko jeden. Często to powiedzenie stosuje się do samochodów. To nieprawda. Królów jest wielu. BMW ma swoją królową w koronie „M”. Królem Mercedesa opiekuje się nadworny tuner — AMG. Lexus ma ISF, a Audi — RS. Wszyscy są królami, a dyskusje o wyższości jednego nad drugim przypominają dysputy o wyższości Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem. Oczywiście profesjonaliści zagrzmią. Ale umówmy się, może tylko 5 proc. kupujących te auta to profesjonalni kierowcy. Reszta to mniej lub bardziej zaawansowani amatorzy. Łączy ich samochodowa pasja i rzadkie korzystanie z potencjału, który drzemie pod maskami ich aut. Ja jestem w tej reszcie. Z tym, że mnie i ich dzieli przepaść. Finansowa.

Kamień zielony

Słońce świeci. Bzy przekwitają, ale jeszcze pachną. No i… jest mrowienie! Zupełnie jak w podstawówce. Różnica? Nie wlepiam rozmarzonego wzroku w szkolne okno, tylko w białe Audi RS5 z dachem z czarnej tkaniny. W ręku zamiast kamyka zielonego kluczyk. Piąteczek jak się patrzy. Plany? Przebogate. Pojedziemy sobie tu i tam. „Tam” będziemy jeździć częściej. Pozwolimy sobie na odrobinę szaleństwa. Podreperujemy nadwątlony wizerunek i rozwichrzymy przerzedzoną już nieco czuprynę. Bajecznie.

Kilka słów o wakacjach, wróć… o samochodzie, który wprowadził mnie w tak nonszalancki nastrój. To Audi RS5 cabrio. Ale zanim o jego niezwykłościach, kilka słów tzw. rysu historycznego. Audi model A5 osiągnęło ogromny sukces na świecie. Plasuje się tam, gdzie sugeruje jego nazwa. Między A4 a A6. Niemal dokładnie pośrodku. Najpierw była wersja dwudrzwiowa, potem nadwozie typu sport back, a na końcu cabrio. W pierwszych miesiącach najmocniejszą wersją w katalogu była odmiana oznaczona symbolem S5 wspomagana kompresorem. 6-cylindrowa jednostka dostarczała 333 KM. Sporo. Ale dla tych, którym wiecznie za mało, Audi przygotowało jeszcze szybszą wersję — RS5. W tym roku zadebiutowało RS5 w nadwoziu cabrio. I o tym debiucie (oraz moim w nim) słów kilka.

Jestem zdrajcą

RS5 — niezależnie od rodzaju nadwozia — jest Rasowym Sportowcem. Tak! Ceramiczne hamulce, obniżona sylwetka, karbonowe wstawki, sportowe fotele i dyferencjał. No i silnik. Majestatyczny, wolnossący o ośmiu cylindrach w układzie V. Stara, dobra, paliwożerna szkoła. Silnik ów za pośrednictwem piekielnie szybkiej dwusprzęgłowej automatycznej skrzyni biegów (S-tronic) napędza wszystkie cztery dwudziestocalowe koła. Mimo że wspomnianych ośmiu cylindrów nie popędza żadna turbina ani kompresor, bez trudu rozpędzają RS-piątkę do 100 km/h w niecałe 5 s. Co ważniejsze, nie przestają rozpędzać aż do 250 km/h (blokada). Bez przerwy z tą samą werwą. Silnik kręci się do ponad 8 tys. obrotów na minutę, dostarcza 430 Nm i całą masę mrowienia. Tak, może wystraszyć. Tak kierowcę, jak i postronnych. Bo przyspieszając, komponuje taką muzykę, że naprawdę trudno przestać przyspieszać. Kolejnym zmianom przełożeń towarzyszą mechaniczne szarpnięcia, a redukcjom melodyjne „przegazówki”. Owszem, dla większości postronnych to po prostu ryk. Ale dla tych, którzy decydują się na którykolwiek model od Audi z oznaczeniem RS, to jeden z argumentów „za”. Mocnych argumentów.

Z każdym kilometrem za kierownicą tego auta zaczynało między nami iskrzyć. Głównie ja iskrzyłem. Niemniej moje ukochane — dotąd — BMW 335is (BMW M się boję, o czym w następnym numerze „PB Weekendu”) — malało w moich oczach. Coraz wyraźniej czułem, że coś się wydarzy. I że przez to „coś” mogę zostać zmuszony do spędzenia kilku nocy na wycieraczce.

To coś

Czy wiecie, że partnerów najczęściej zdradzają posiadacze Audi? Przynajmniej nad Tamizą, gdzie 22,2 proc. respondentów mających Audi przyznało, że zdradza partnera lub partnerkę. Tym samym Audi to samochód… zdrajców. Wybacz, BMW. Ze statystyką mam wojować? Teraz do żony słówko: wszystko ci wyjaśnię, kochanie. To zupełnie nie tak, jak myślisz!

A teraz poważnie. 450 KM w aucie bez dachu to nie przelewki. Zazdrosne spojrzenia i potężna moc pod prawą stopą działają na rozsądek jak gaśnica proszkowa na ogień. A to prosta droga do efektownego, aczkolwiek żałosnego w skutkach przestrzelenia zakrętu.

Prowadzenie: dla mnie — i 95 proc. innych użytkowników tego typu aut — bajeczne. Puryści będą narzekali na zbyt ciężki przód samochodu. Ale ja z purystami nie gadam — sensu nie ma. Spalanie: ci, których stać na to auto, z pewnością nie przejmują się jego wysokością. Ale przejmie ich, że co 300 km, czasem co 350, trzeba się zatrzymać na stacji benzynowej. Prawda jest taka, że układ kierowniczy działa z precyzją skalpela. Pokonywanie szybkich, ciasnych zakrętów to czysta przyjemność.

A że RS5 jest standardowo wyposażony w sportowe fotele, szybkie pokonywanie zakrętów nie wywołuje torsji. Po kilkuset kilometrach za kierownicą jestem jednak przekonany, że wolę wymioty niż autostradową podróż na tych „krzesłach”. Owszem, trzymają wyśmienicie. Są świetne, wspaniałe i takie tam. Ale na tor. W mieście i na trasie wolę coś miększego. Na szczęście do RS5 można zamówić inne, mniej sportowe siedziska.

Warto kupić? RS5 jest świetnym sportowym samochodem. Niemal doskonałym. A jeśli wyposażyć go w system Audi Drive Select i bardziej komfortowe fotele, jest też wygodnym autem na co dzień. Podoba mi się łatwość, z jaką z pieszczoszka przekształca się w chochlika. Wystarczy jeden przycisk Dynamic. W BMW M też jest przycisk M. Ale konfiguracja tego „guzika” zajmuje tyle czasu, ile podróż RS5 z Warszawy do Łodzi. Bez wątpienia RS5 ma to coś.

O, byłbym zapomniał! To kabriolet. Mnie to różnicy nie robi. Nie jestem fanem aut bez dachu. Zatem na ten temat tyle: dach się otwiera i zamyka.

Uwaga prawie ostatnia. Trzeba bardzo uważać, gdzie się tym autem wybierasz. „Moje” RS5 budziło zachwyt w Warszawie, potem w Łodzi. W Poznaniu też, ale tylko przez chwilę. Do momentu, w którym pewien „znany” Koenigsegg i towarzyszące mu Ferrari nie przystanęły obok. Wypracowywany od Warszawy nonszalancko-lanserski wyraz twarzy prysnął w sekundę. Zamknąłem dach, nalałem paliwa i wróciłem do domku. Nie, nie żałuję. Zważywszy na wydarzenia, których niechlubnym bohaterem stał się ów Koenigsegg kilka godzin później. W sumie to jestem mu wdzięczny. To, co się wydarzyło, było najlepszym przykładem, że w wyposażeniu żadnego samochodu — nawet tak drogiego — nie ma rozsądku.

To musisz przynieść sam. Do RS5 najlepiej ze trzy wiadra. Bo kusi niemiłosiernie. A jak skusi — z wakacji nici. Cena? Zaczyna się od około 430 tys. zł. Ale jeśli chcesz, by twój RS5 miał ceramiczne hamulce, 20-calowe felgi, sportowy mechanizm różnicowy, system Audi Drive Select, lepsze audio i spojler z prawdziwego włókna węglowego, przygotuj co najmniej 570 tys. zł.

No właśnie… wakacyjny budżet. Wiecie co? Po analizie możliwości finansowych dochodzę do wniosku, że wcale aż tak bardzo nie lubię samochodów sportowych. Czy wybaczysz mi BMW 335is? Audi jest naprawdę tylko przygodą. A, i już nic nas nie łączy!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MARCIN BOŁTRYK

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / To nie tak, jak myślisz