Tragiczna szarża

Jacek Zalewski
opublikowano: 2010-04-12 00:00

11września 2001 r. po pierwszej agencyjnej depeszy "Pilna! Samolot uderzył w World Trade Center w Nowym Jorku" naiwnie pomyślałem: ot, zaplątała się jakaś awionetka... 10 kwietnia 2010 r. już pierwszy sygnał porażał: "Pilna! Prezydencki samolot rozbił się w Smoleńsku — MSZ".

W polskiej historii sobotnia tragedia porównywalna jest tylko z katastrofą w Gibraltarze 4 lipca 1943 r. Wtedy dla zniewolonego społeczeństwa śmierć premiera Władysława Sikorskiego oznaczała utratę nadziei. Dzisiaj znajdujemy się w zupełnie innej sytuacji, ale śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz blisko stu innych osób poraża skalą złożonej ofiary. Współczesny świat nie zna przypadku, aby w jednym momencie zginęli: głowa państwa i zarazem zwierzchnik sił zbrojnych oraz sześciu najważniejszych dowódców.

W takich chwilach wszelkie górnolotne słowa stają się puste, większą wartość ma kilka refleksji osobistych. Otóż w ciągu minionej dekady na skrzydłach obu rządowych Tupolewów 154M z biało-czerwonymi szachownicami obleciałem niemal cztery razy równik. Zajmowałem stały fotel w ogonie, znałem każdą szparę, ba, nawet wiedziałem, gdzie przy toalecie ukryta jest wtyczka z napięciem 220 V, do której można podłączyć laptopa… Trzy lata temu tym samolotem z numerem 101, który rozbił się w Smoleńsku, uczestniczyłem w wyprawie najdalszej w jego dziejach, aż do Nowej Zelandii i Australii. Notabene pasażerem tegoż właśnie samolotu jeden raz był Jan Paweł II, wracający w 1991 r. z Polski do Watykanu.

Możemy się tylko domyślać, dlaczego kapitan Arkadiusz Protasiuk wybrał ryzykowne lądowanie przy bardzo słabej widoczności, zamiast skierować się na lotnisko zapasowe lub wręcz zawrócić. Czuł bardzo silną presję, albowiem wybór wariantu ostrożnego uniemożliwiłby w praktyce prezydentowi udział w uroczystościach w Katyniu. Akurat mnie decyzja o wykonaniu takiej tragicznej w skutkach szarży wcale nie zaskakuje. Dobrze pamiętam pewien lot z premierem, gdy na Okęciu położyła się mgła i mieliśmy przymusowo lądować w Krakowie, a potem tłuc się po nocy autokarem. Po informacji o pewnej poprawie sytuacji dowódca postanowił jednak ryzykownie "spróbować" Warszawy, przy aplauzie wszystkich lecących! Wtedy pierwszym światłem w Polsce, jakie w mleku za oknem w ogóle dostrzegłem, było… oświetlenie pasa na Okęciu. Tamtego wieczoru Tupolew był jedyną maszyną, która siadła w Warszawie, żadna linia cywilna się nie odważyła.

Ale pamiętam również zupełnie inne rozegranie podchodzenia do międzylądowania, z innym premierem, w chińskim Czengdu. Już zostały wypuszczone koła, gdy na ziemi położyła się tak gęsta mgła, że wystawały z niej tylko czubki drzew — więc Tupolew został nagle poderwany i na granicy zapasu paliwa poleciał aż godzinę dalej na zapasowe lotnisko w Kunming.

W środę, 7 kwietnia, miałem okazję przyjrzeć się feralnemu lotnisku w Smoleńsku, i z powietrza, i z poziomu jego płyty. Jest to była baza wojskowa klasy naszego Mirosławca, w którym dwa lata temu rozbiła się wojskowa Casa. Przy obu katastrofach zabrakło systemu ILS (Instrument Landing System), sprowadzającego samolot niczym po świetlnym promieniu w warunkach ograniczonej widzialności i niskiej podstawy chmur. W Smoleńsku przy dobrej pogodzie nie ma z siadaniem problemu, taka trafiła się 7 kwietnia temu samemu Tupolewowi z premierem Donaldem Tuskiem, ale w sobotę 10 kwietnia od rana było fatalnie…

Zszokowane społeczeństwo stawia pytanie: czemu aż tylu ważnych funkcjonariuszy państwa leciało w jednym samolocie? Odpowiedź jest bardzo prosta: bo nadarzała się szczególna okazja i popyt na ten lot okazał się nadzwyczajny. Pięć lat temu podobnie okazale prezentowała się lista pasażerów wspólnie lecących na pogrzeb Jana Pawła II, jedynie nie było tylu generałów.

Spośród 96 ofiar tragedii w Smoleńsku osobiście znałem kilkanaście, ale nie chodzi tu o postaci z najwyższej półki. W Katyniu premier Donald Tusk wpadł na świetny pomysł, aby w przemówieniu skoncentrować się na losach jednej zamordowanej w 1940 r. pilotki — Janiny Lewandowskiej. Dla mnie jej odpowiednikiem na liście ofiar katastrofy jest 25-letnia stewardesa Justyna Moniuszko. Zawsze pamiętała, że o herbatę proszę w większym kubku… Skończyła studia inżynierskie i kontynuowała magisterskie na kierunku lotnictwo na ciężkim Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa. W 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego zatrudniła się, by mieć stałą powietrzną praktykę — bo kochała latać…