Zasypanie rowu jest niemożliwe

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2015-04-10 00:00

Rocznica katastrofy smoleńskiej

Piąta rocznica katastrofy smoleńskiej różni się od trzeciej czy czwartej jedynie okolicznością, że wypada w samym środku kampanii wyborczej. Bo rów społeczny wykopany po narodowej tragedii z soboty 10 kwietnia 2010 r. nie tylko się z upływem czasu nie spłyca, lecz odwrotnie — pogłębia się i zabetonowuje na pokolenia.

Już niemożliwe jest przyjęcie w Polsce akceptowalnej dla wszystkich, opartej na elementarnych prawach fizyki gorzkiej prawdy o przyczynach rozbicia się prezydenckiego samolotu. Mniejszościowy zakon zamachowy wie swoje, zatem większościowej części społeczeństwa wypada to racjonalnie przyjąć do wiadomości i przestać się już czemukolwiek dziwić.

Symbolem pęknięcia jest podzielony partyjnie program dzisiejszych obchodów rocznicy. Osobiście w ostatnich dniach jeszcze mocniej utwierdziłem się w przekonaniu, że nadając pięć lat temu emocjonalnemu komentarzowi bezpośrednio po katastrofie tytuł „Tragiczna szarża” (patrz reprodukcja poniżej), idealnie utrafiłem w jej przyczyny. Tamte dwa słowa ujmują sens późniejszych raportów, symulacji, stenogramów etc. — rzecz jasna opartych na lotniczych realiach, a nie na zamachowych niedorzecznościach majaczących we mgle.

Na pokładach obu rządowych „tutek” towarzyszyłem wielu ekipom trzymającym władzę. Przez ponad dziesięć lat zaliczyłem trzech prezydentów, sześciu premierów, całą plejadę marszałków, ministrów obrony, szefów kancelarii etc. I potwierdzam, że ogólne bezhołowie organizacyjne wszystkich tych podróży, które w raporcie polskiej komisji rządowej (nie rosyjskiego MAK) zostało mocno wypunktowane i zaliczone do pośrednich przyczyn tragedii, było niezmienne. Absolutnie niczego na plus czy na minus nie dało się dostrzec także wtedy, gdy premierem był Jarosław Kaczyński, ministrem obrony Aleksander Szczygło, a zapewniającym osłonę VIP-owskim podróżom szefem kontrwywiadu wojskowego Antoni Macierewicz.

W jednym ze smoleńskich dochodzeń ku swemu zaskoczeniu otrzymałem od prokuratury status… pokrzywdzonego. Chodziło o błędy w organizacji obu lotniczych wypraw, premiera z 7 kwietnia 2010 r. oraz prezydenta z 10 kwietnia. Naprawdę czuję się nieswojo na alfabetycznej liście, obejmującej blisko 300 osób — nas pasażerów podróżujących wtedy normalnie oraz członków rodzin 96 osób, które tragicznie zginęły. To dochodzenie zostało już umorzone, z czym część rodzin się nie zgodziła i wniosła prywatny akt oskarżenia.

Absolutnie nie czuję się „pokrzywdzony”, ale w kontekście szukania prawdy zdumiewa mnie inny wątek. Nie tylko prokuratura, lecz także zamachowy zespół parlamentarny do tej pory nie skontaktował się z uczestnikami ostatniego pomyślnego lotu maszyny nr 101, wracającej z premierem Donaldem Tuskiem z Pragi w nocy z czwartku na piątek 8/9 kwietnia. Tupolew potem stał w wojskowym zakątku Okęcia i w sobotę rano wystartował do Smoleńska. A może siedzący w ogonie „tutki” dziennikarze tamtej nocy coś na pokładzie widzieli…