Transfery telefoniczne ratują życie w Somalii

Łukasz OstruszkaŁukasz Ostruszka
opublikowano: 2017-07-03 22:00
zaktualizowano: 2017-07-03 19:40

W trawionym przez suszę i konflikty kraju przekazy pieniężne dokonywane za pomocą esemesów ratują setki rodzin przed śmiercią głodową

Zastanawiasz się, jak przeżyć w klimatyzowanym biurze do urlopu w sytuacji zapowiadanej fali upałów. Albo nad wyborem hotelu, bo jeden ma lepszy basen, a drugi położony jest bliżej morza. Tu sprawdzasz w smartfonie najlepsze oferty, tam telefon jest kwestią życia i śmierci. Dosłownie. Anna Geller z somalijskiej misji Polskiej Akcji Humanitarnej (PAH) przygotowuje się do wykonania 400 zleceń ważnych przelewów.

Wkrótce ich odbiorcy otrzymają powiadomienia na komórki i będą mogli udać się na zakupy. Równowartość ponad 90 USD, czyli około 350 zł, to kwota, która jest w stanie zapewnić miesięcznie wyżywienie sześcioosobowej rodzinie w Somalii.

— Dotarcie do każdej rodziny z gotówką byłoby trudne i czasochłonne, ale też narażałoby beneficjentów na niebezpieczeństwo napaści i kradzieży pieniędzy. System transferów telefonicznych sprawdza się doskonale w Somalii, jest tutaj rozpowszechniony i popularny — mówi Anna Geller z 19-osobowego zespołu misji PAH w Somalii.

Być może trudno w to uwierzyć, ale kraj, który nie prowadzi ewidencji ludności, doskonale radzi sobie w kwestii transferów pieniężnych dokonywanych przez telefon. Pracownicy PAH sprawdzają najpierw, ile kosztuje koszyk zawierający żywnościowe minimum na danym terenie i jaki jest koszt utrzymania poszczególnych rodzin. Następnie przekazują rodzinom zwykłe telefony komórkowe, nie smartfony. Niepotrzebne są też szybkie łącza i narzędzia w rodzaju Google Wallet. Przelew odbywa się za pomocą kodu przesyłanego esemesem.

— Beneficjenci dostają od nas telefony i zarejestrowane karty SIM, więc wiemy, która karta do kogo należy i jakie transakcje są realizowane. Operator dostaje od nas listę zawierającą informację, ile pieniędzy ma przekazać na konto danej rodziny. Możemy zaprogramować płatności miesięczne, kwartalne albo tygodniowe — tłumaczy Anna Geller.

Następnie rusza lawina kolejnych przelewów, bo rodzina dokonuje zakupów najpotrzebniejszych rzeczy, również wysyłając sprzedawcom na targowisku esemesy.

— Z naszego punktu widzenia nie ma sensu dystrybuowanie żywności w miejscach, w których jest ona dostępna, a na przykład w Somalii mimo suszy ciągle można ją nabyć. Jej dystrybucja jest dużo kosztowniejsza i nie działa stymulująco na lokalną gospodarkę, a jeśli jedzenie jest sprowadzane z zagranicy, to po prostu niszczy rynek. Lepiej gdy ludzie kupują żywność wyprodukowaną w swoim rejonie lub stosunkowo niedaleko — uważa Anna Geller.

PAH od kilku lat działa w Somalii i Sudanie Południowym, czyli krajach najbardziej cierpiących w wyniku suszy i wewnętrznych konfliktów. Na początku roku w Somalii ogłoszono klęskę suszy, która odebrała ludziom zwierzęta, uprawy, zmuszając ich do ucieczki przed pragnieniem i głodem.

Ludzie uciekają do stolicy Mogadiszu, gdyż tam łatwiej o dostęp do pitnej wody i żywności. Misja PAH, w której skład wchodzi 19 osób, w tym dwóch pracowników z Polski i lokalni współpracownicy, nie tylko rozdysponowuje pieniądze na żywność, pomaga także budować latryny i szkoli w obozach tzw. promotorów, których zadaniem jest uświadamianie ludziom, jak ważne są podstawowe zasady higieny.

— Do budowy latryn staramy się zatrudniać ludzi z obozów, żeby dać im możliwość zarobienia pieniędzy, ale także żeby poczuli się partnerami przedsięwzięcia i mieli poczucie, że jest to coś, co zostało przez nich przygotowane i są za to odpowiedzialni — podsumowuje Anna Geller.