PB: Jedni mówią: sukces gospodarczy. Drudzy: narodowa trauma. Spróbujemy przejść przez polską transformację, widząc w niej mechanizm, który na dekady ustalił, kto w Polsce ma pieniądze, wpływy i realną władzę. Panie doktorze, zacznijmy od obalenia mitu. Kto naprawdę jest autorem planu Balcerowicza?
Jan Śpiewak: Na pewno nie sam prof. Leszek Balcerowicz. Z różnych relacji wiemy, że prace nad radykalnym urynkowieniem gospodarki zaczęły się jeszcze w schyłkowym PRL – w resorcie finansów i rządzie. Były dość zaawansowane, ale brakowało im mandatu społecznego i międzynarodowej zgody na wdrożenie reform bez demokratycznej legitymacji. Z drugiej strony mamy silny wpływ zewnętrzny: George’a Sorosa i Jeffreya Sachsa. To właśnie Sachs odegrał ważną rolę jako architekt terapii szokowej. Polska była na ten projekt gotowa instytucjonalnie – ale nie społecznie.
Skoro mówimy o terapii szokowej – jak rozumieć to pojęcie?
Bo to była metoda sprawdzona wcześniej w Ameryce Łacińskiej – w Chile i Boliwii. Chodziło o gwałtowne, radykalne zmiany, wprowadzane bez szerokiej zgody społecznej. Obowiązywała brutalna logika: reform nie da się przeprowadzić w warunkach pełnej demokracji, bo nigdy nie zdobyłyby większościowego poparcia. W Polsce zbiegło się to z potężnym kryzysem lat 80. – dekadą gospodarczego upadku. W takim momencie społeczeństwo było bardziej skłonne zaakceptować radykalne rozwiązania.
Ale przecież istniała dyskusja o różnych modelach kapitalizmu.
Tak. Rozważano model anglosaski, ordoliberalny, czyli niemiecki i skandynawski. Problem polegał na tym, że strona solidarnościowa była do tych debat słabo przygotowana. Dyskusja toczyła się głównie wśród ekonomistów, nie polityków. Co więcej – model przyjęty przy Okrągłym Stole był zupełnie inny: zakładał silną rolę państwa, związków zawodowych i samorządów pracowniczych. O tak radykalnym zwrocie nikt społeczeństwa nie informował.
Często pojawia się nawet żal, że nie poszliśmy drogą chińską.
Oczywiście, nie chodzi o autorytaryzm czy łamanie praw człowieka, ale o stopniowość reform. Chiny zachowały kontrolę państwa nad strategicznymi sektorami i prowadziły aktywną politykę przemysłową. W Polsce usłyszeliśmy, że najlepsza polityka przemysłowa to jej brak. To była rewolucja odgórna – dlatego krytycy nazwali ją wręcz liberalnym bolszewizmem.
Krytycy reform – Andrzej Lepper, związki zawodowe, rolnicy – zostali publicznie zawstydzeni i wypchnięci poza debatę. Dlaczego to zadziałało?
Bo panował absolutny konsensus elit. Reformy Balcerowicza popierali niemal wszyscy: od postkomunistów po środowiska solidarnościowe. Każda krytyka była przedstawiana jako populizm, roszczeniowość, brak nowoczesności. A skutki były realne: gwałtowne podniesienie stóp procentowych doprowadziło do bankructwa tysięcy gospodarstw rolnych i przedsiębiorstw. Kredyty zaciągnięte przed zmianami nagle stały się nie do spłacenia. To samo dotknęło przemysł. Przyznanie się do błędu oznaczałoby zakwestionowanie całego projektu transformacji – na to elity nie były gotowe.
Jakie były najważniejsze konsekwencje reform – krótkoterminowe i długofalowe?
Po początkowym załamaniu gospodarka rzeczywiście zaczęła rosnąć – to trzeba uczciwie przyznać. Ale koszty były ogromne: masowe bezrobocie, bankructwa przedsiębiorstw i rolników, likwidacja PGR-ów i całych regionów, dominacja kapitału zagranicznego, trwała pauperyzacja części społeczeństwa. Dopiero po 2005 r. – wraz z podniesieniem płacy minimalnej, wprowadzeniem świadczeń społecznych – zaczęliśmy realnie wychodzić z traumy transformacyjnej.
Jednym z powodów tej rozmowy jest książka prof. Witolda Kieżuna „Patologia transformacji”, do której napisał pan wstęp. Dlaczego warto było ją wznowić?
„Patologia transformacji” nie jest prostą publicystyką ani manifestem politycznym. To próba rozliczenia systemowego błędu, który polegał na przekonaniu, że rynek sam rozwiąże problemy społeczne, a państwo powinno się z gospodarki wycofać. W tym sensie książka Kieżuna nie jest rozrachunkiem z przeszłością, lecz ostrzeżeniem na przyszłość.
Co jest siłą książki prof. Kieżuna?
Wykroczenie poza czysto ekonomiczną analizę, aby pokazać także perspektywę moralną i instytucjonalną. Kieżun pokazuje transformację nie jako neutralny proces modernizacji, ale jako projekt, w którym zlekceważono koszty społeczne i odpowiedzialność elit. To właśnie ten wymiar – odpowiedzialności za skutki decyzji – czyni książkę aktualną również dzisiaj.
Gdy ukazała się po raz pierwszy w 2012 r., została przez część elit potraktowana jak herezja. Czy dziś umiemy rozmawiać o niej spokojnie?
Tak. Jesteśmy już społeczeństwem posttransformacyjnym. W 2012 r. bezrobocie było dwucyfrowe, trwała masowa emigracja. Dziś Polska znajduje się w zupełnie innym miejscu. Osłabła także pozycja Leszka Balcerowicza jako niekwestionowanego autorytetu – kolejne katastroficzne prognozy, według których odejście od jego recept miało prowadzić do głębokiego kryzysu, po prostu się nie sprawdziły. Dlatego „Patologia transformacji” Witolda Kieżuna brzmi dziś zupełnie inaczej niż kilkanaście lat temu.
Nie chcę zabrzmieć jak Gierek, ale… Polska naprawdę rośnie w siłę. Miasta się zmieniają, infrastruktura działa, korzystamy z nowych technologii. Mamy powody do dumy. Jak więc mówić o transformacji uczciwie – bez czarnej legendy, ale też bez mitologii sukcesu?
Krytyka nie oznacza negacji. Pytanie nie brzmi: czy reformy były konieczne, tylko jak można było transformację przeprowadzić lepiej. Rozwój przyszedł, ale koszty społeczne były ogromne – bezrobocie, demografia, upadek całych miast, chaos przestrzenny. Podczas tej rozmowy patrzymy na panoramę Warszawy – Stadion Narodowy prawie ginie we mgle. Taki mamy dziś smog.
Naomi Klein w książce „Doktryna szoku” pokazuje, że konsekwencje reform wdrażanych w warunkach kryzysu – także w Europie Środkowo-Wschodniej – są odczuwalne do dziś. Jedną z nich jest wzrost populizmu oraz głęboki spadek zaufania do liberalnych elit.
Populizm nie musi jednak oznaczać patologii. Może być racjonalną, a nawet zdrową reakcją na system, który przestał reprezentować interesy dużych grup społecznych. Warto pamiętać, że historycznie ruchy populistyczne miały również wymiar emancypacyjny – walczyły o prawa pracownicze, redystrybucję i realne poszerzenie demokracji.
Gdy ludzie tracą poczucie wpływu, zwracają się ku radykalnym liderom i hasłom.
W tym kontekście pojawienie się Donalda Trumpa nie było żadnym zaskoczeniem. Trump jest produktem wieloletniej oligarchizacji amerykańskiej demokracji, narastających nierówności i polityki oszczędzania kosztem obywateli. Kiedy państwo przestaje działać na rzecz większości, a władza realnie przechodzi w ręce wąskiej elity finansowej, system demokratyczny zaczyna się chwiać – i otwiera przestrzeń dla liderów autorytarnych. Nie dotyczy to tylko Stanów Zjednoczonych. Podobne mechanizmy widać w Europie – od brexitu po wzrost poparcia dla skrajnych ugrupowań we Francji czy Niemczech. To nie irracjonalność mas, lecz racjonalna reakcja na długotrwałe poczucie wykluczenia, brak bezpieczeństwa ekonomicznego i realnego wpływu na decyzje polityczne.
Jest pan autorem książki „Patopaństwo. O tym, jak elity pustoszą nasz kraj”. Już sam tytuł sugeruje, że nawet dziś – po trzech dekadach od transformacji – państwo często działa wadliwie, a czasem wręcz przeciwko obywatelom. Czy to znaczy, że nie tylko nie rozliczyliśmy transformacji, ale też nie zbudowaliśmy sprawnego państwa po niej?
Transformacja nie została domknięta. Wiele patologii przetrwało – tylko zmieniły formę. Państwo wciąż bywa słabe wobec silnych i silne wobec słabych. To nie jest problem przeszłości – to jest problem teraźniejszości.
Na koniec zapytam wprost: czy dzisiejszy rozwój Polski byłby możliwy bez planu Balcerowicza?
Moim zdaniem – tak. Popełniono wiele błędów. I są rzeczy, których nie cofniemy. Ale pytanie brzmi: czy potrafimy wyciągnąć z tego wnioski – zanim zapłacimy kolejną cenę.

