Szykując pogodny felieton, na miarę ocieplenia klimatu (o tańszych, wakacyjnych roamingach), doleciałem do Okęcia, z międzylądowaniem w Pradze. Przeżyłem szok kulturowy i nastrój diabli wzięli. Żółć się wylała i przelała na papier. Dlaczego Czesi potrafili uruchomić światowej klasy terminal z 10-letnim zapasem, a Polacy męczą się ze skromną budowlą, która będzie za ciasna w upragnionym dniu przecięcia wstęgi!?
Polskie Porty Lotnicze i budowlańcy przerzucają się oskarżeniami, potęgując wrażenie inwestycyjnej paranoi. Obawiam się, że tracą z pola widzenia ponury zakątek Okęcia, zwany dumnie „domestic terminal”. Ta krajowa buda pękała w szwach wiele lat temu. Z roku na rok jest coraz gorzej. Czy „góra” to widzi? Minister transportu, zarząd PPL i szef firmy budowlanej powinni obowiązkowo, na prawach zwykłego pasażera, forsować odprawę wieczorem, gdy kumulują się loty krajowe. Poznaliby smak tortur, jakich doświadczają klienci oraz personel, tłumacząc się za nieudacznych szefów. Należałoby powiesić portrety wyżej wymienionych, by kłębiący się, znerwicowany tłum mógł się na czymś wyładować.
Pytam po raz kolejny, jakie przekleństwo zawisło nad polską infrastrukturą drogową, skoro — pomijając nieszczęście zwane Okęciem — właśnie do remontu idą szczątkowe autostrady A2 i A4? Może, śladem importu Beenhakkera i Lozano, trzeba się zapożyczyć za granicą, choćby za miedzą? Polak wiele potrafi, ale w transporcie idzie nam gorzej niż w narciarstwie alpejskim. EURO 2012 za pasem.
Janusz Lewandowski
europoseł Platformy Obywatelskiej