Farmaceutyki i UE: ostatni dzwonek
Unijne prawo jest nieubłagane. Tutaj nie ma miejsca na polską retorykę, że jakoś to będzie. Liczenie na to, że sytuacja sama się rozwiąże, rzadko bywa rozsądnym wyjściem. Tymczasem -— jak się wydaje — polscy negocjatorzy właśnie za pomocą takiej strategii chcieli zamknąć jeden z czterech kluczowych dla UE rozdziałów negocjacyjnych: swoboda przepływu towarów.
Wszystko wskazuje jednak na to, że interwencja producentów farmaceutyków wymusi na polskich negocjatorach wprowadzenie niezbędnego — z punktu widzenia krajowego sektora — okresu przejściowego. Przedstawiciele zakładów farmaceutycznych mówią wyraźnie, że powodem wystąpienia o ochronę nie są koszty związane z dodatkowymi badaniami, ale czas, którego może im zabraknąć na uzupełnienie tzw. dossier rejestracyjnego, potrzebnego przy rejestracji leków á la UE. Gdybyśmy wstąpili do Unii i nie dysponowali okresem przejściowym, to z dnia na dzień większość polskich farmaceutyków zniknęłaby z aptecznych półek. Powód byłby prozaiczny — brak odpowiednich kwitów.
Na razie czas działa na niekorzyść producentów. Nowelizacja ustawy farmaceutycznej, która po nowemu ureguluje zasady rejestracji leków, od października zalega w sejmowej Komisji Prawa Europejskiego i nie wiadomo kiedy zostanie przedłożona do drugiego czytania. Bez niej zaś wszystko pozostaje w martwym punkcie, a producenci mogą jedynie wywróżyć z fusów nowe obowiązki, jakie ich czekają przy uzupełnianiu wniosków rejestracyjnych. Do tego potrzebne są także odpowiednie laboratoria oraz wysoko wykwalifikowany personel, których jak na razie jest… jak na lekarstwo.
Na szczęście negocjatorzy w porę się obudzili i wszystko wskazuje na to, że zdążą jeszcze z interwencją.