Trump na wojnie ze wszystkimi

Mateusz Wojtala, Kamil Zatoński
opublikowano: 22-08-2018, 22:00

By Amerykę uczynić znów wielką, ekscentryczny prezydent Stanów Zjednoczonych rozpala kolejne ogniska konfliktów. Jeśli uda mu się osłabić dolara, zyskiwać powinny akcje rynków wschodzących

Jeśli miarą sukcesu gospodarki danego kraju jest siła jej waluty i notowania akcji na giełdzie, to Donald Trump ma pełne prawo, by pękać z dumy. Indeks S&P 500 pobił we wtorek 21 sierpnia rekord (poprzedni ustanowiony został 26 stycznia tego roku), a hossa na Wall Street stała się właśnie najdłuższą w historii. Indeks dolara, odzwierciedlający siłę „zielonego” do koszyka głównych walut, przed tygodniem znalazł się na poziomie najwyższym od lipca ubiegłego roku. Nigdy nie jest jednak tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej, a nadzwyczajna siła lokalnej waluty na dłuższą metę nie jest dobra dla żadnej gospodarki. Dlatego Donald Trump — choć tradycją Ameryki jest prowadzenie wojen poza kontynentem — zasygnalizował ofensywę wobec tamtejszych władz monetarnych. Na usprawiedliwienie dodał, że robi to w sytuacji, w której inne kraje — w jego opinii — manipulują kursami walutowymi, a umowy handlowe wciąż nie są tak korzystne dla Ameryki, jakby sobie tego życzył jej prezydent. Najtrudniejszymi rywalami na tym polu są Unia Europejska i Chiny, a tylko przy okazji w oko cyklonu trafiają inni — jak ostatnio Turcja, choć głównie na własne życzenie. Rynki co jakiś czas nerwowo reagują i choć nie zawsze ma to uzasadnienie, to koniec końców wysoko na liście najbardziej pokrzywdzonych są inwestujący na rynkach wschodzących, w tym w Polsce. Dla wielu emerging markets słabszy dolar byłby jednak dobrą wiadomością. Historycznie, kiedy „zielony” był słaby, to indeks rynków wschodzących notował szczyt (tak było w 2007 i 2009 r.) lub co najmniej notował wysokie stopy zwrotu (2010 i 2012 r.). Wyjątkiem od reguły w tej dekadzie był rok 2013.

Chiny

Konflikt handlowy z Państwem Środka to najważniejszy front dla Stanów Zjednoczonych, którym nie podoba się niekorzystny bilans w handlu między obydwoma krajami, ograniczenia w dostępie do chińskiego rynku czy wymuszany przez władze w Pekinie transfer technologii z amerykańskich firm. Wymiana ciosów trwa od marca 2018 r., kiedy Stany Zjednoczone groźbą wojny handlowej, ogłaszając cła na stal i aluminium, chciały zmusić przeciwnika do ustępstw. Chiny poszły jednak na wymianę ciosów, obie strony ocliły już wzajemny eksport warto po 34 mld USD rocznie, a 23 sierpnia mają wejść w życie kolejne taryfy o wartości 16 mld USD.

— Wprowadzone cła nie są duże w skali ogromnej wymiany handlowej na linii Stany Zjednoczone — Chiny. Na razie konflikt w największym stopniu dotyczy towarów rolnych i przemysłu motoryzacyjnego. Ceny na pewno wzrosną dla końcowego konsumenta, istotna jest też polityczna waga poszczególnych produktów, jak soja w rolniczych stanach w Ameryce. Wzrost cen spowodowany cłami na stal przełoży się też na wyższe koszty produkcji, co odbije się negatywnie na wycenach spółek — mówi Konrad Białas, główny ekonomista Domu Maklerskiego TMS Brokers.

Cierpieć mogą również notowania surowców, ale nie z powodu samych ceł, ale obaw o globalny wzrost gospodarczy. Przykładem są ceny miedzi, których spadek jest efektem domysłów i spekulacji odnośnie do konsekwencji dla chińskiej gospodarki i wielkich inwestycji infrastrukturalnych, bo faktycznego przełożenia na miedź wprowadzone taryfy nie mają.

— Na rynkach rządzi strach przed najczarniejszym scenariuszem, czyli wojny handlowej wszystkich ze wszystkimi. Jednak osobiście nie wierzę w taki obrót spraw. Donald Trump to przede wszystkim biznesmen i ostrzejsza retoryka w rozmowach z Chinami jest raczej taktyką negocjacyjną. Chce on po prostu ugrać jak najwięcej, a konflikt powinien zmierzać w stronę jakiegoś konsensu. Podobne zachowanie można było zaobserwować w przypadku renegocjacji traktatu NAFTA, gdzie początkowe zapowiedzi Stanów Zjednoczonych były bardzo ostre, a obecne ustalenia są dużo bardziej polubowne — dodaje Konrad Białas.  

Unia Europejska

Tak jak w przypadku Chin, wszystko zaczęło się od marcowego dekretu Donalda Trumpa wprowadzającego cła na import stali i aluminium. Tutaj też chodziło o nierównowagę w wymianie handlowej, zwłaszcza z Niemcami, która jest „zasługą” głównie sektora motoryzacyjnego. W odpowiedzi w czerwcu Unia nałożyła dodatkowe cła na produkty amerykańskie o łącznej wartości 6,4 mld EUR. Napięcie ciągle rosło, w połowie lipca Donald Trump zapowiedział restrykcje wobec europejskiego przemysłu samochodowego, a Unia poinformowała, że podejmie ewentualne kroki odwetowe. Dopiero spotkanie Donalda Trumpa z szefem Komisji Europejskiej zapobiegło dalszej eskalacji konfliktu.

— Na linii frontu Stany Zjednoczone — Unia Europejska uspokoiło się po rozmowach Donalda Trumpa z Jean-Claudem Junckerem. Największe obawy są o przemysł motoryzacyjny, niezwykle ważny dla europejskiej gospodarki. Politycy doszli jednak do porozumienia kosztem ustępstw w innych obszarach. W skali globalnej jest to raczej konflikt drugoplanowy, ale istotny dla Polski, bo ewentualne nowe taryfy na sektor motoryzacyjny byłyby pierwszym ciosem wyprowadzonym bezpośrednio w nasz kraj — tłumaczy Mateusz Sutowicz, analityk rynków finansowych w Banku Millennium.

Według raportu ACEA za 2017 r., obrót związany z branżą motoryzacyjną stanowi 10 proc. całej wymiany handlowej pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że samochód ze znaczkiem bawarskiej marki może być produkowany w Wirginii Zachodniej. Ponad jedna czwarta całkowitej produkcji aut w Ameryce została wygenerowana przez europejskie spółki, które zatrudniały 120 tys. Amerykanów. Gra toczy się o duże pieniądze, eksport samochodów z UE do Stanów Zjednoczonych jest wart prawie 37,5 mld USD i odpowiada za prawie 30 proc. eksportu wspólnoty za ocean.

— Tutaj znaczenie mają decyzje czysto polityczne i to, co urodzi się w głowie Donalda Trumpa. Sądzę jednak, że temat wróci jak bumerang i Biały Dom, dążący do poprawy bilansu handlowego, będzie chciał ugrać kolejne ustępstwa — twierdzi Mateusz Sutowicz.

Turcja

Problemy nad Bosforem, odzwierciedlone w słabości tureckiej liry, nabrzmiały w kwietniu tego roku. 50-procentowe osłabienie względem dolara było wywołane strachem przed wprowadzeniem systemu autorytarnego i w obawie o niezależność banku centralnego. Nie może on skutecznie kontrolować inflacji bez przyzwolenia prezydenta Recepa Erdoğana, który jest przeciwny podnoszeniu stóp procentowych. Jednak dopiero wejście do gry Donalda Trumpa i zapowiedź sankcji ekonomicznych przelały czarę goryczy. Oficjalną przyczyną był spór dyplomatyczny o przetrzymywanego w tureckim areszcie amerykańskiego pastora Andrew Brunsona, oskarżonego o współpracę z organizatorami nieudanego zamachu stanu w lipcu 2016 r.

— Konflikt z Turcją ma raczej charakter polityczny niż gospodarczy. Nie można go wpisywać w ogół wojen handlowych, chociaż karne sankcje stosowane przez Stany Zjednoczone są dla nich typowe. Donald Trump po prostu pokazuje Recepowi Erdoğanowi, kto tu rządzi, a sama konfrontacja jest niebezpieczna bardziej z punktu widzenia stabilności NATO niż gospodarek innych państw — twierdzi Mateusz Sutowicz.

Turecka waluta zanotowała spektakularne załamanie, rosnąc nawet do poziom 7 względem dolara. Sytuacja liry rykoszetem uderzyła w notowania złotego, głównie dlatego, że jesteśmy razem z Turcją wrzuceni do jednego koszyka rynków wschodzących. Miało to jednak tylko chwilowe przełożenie, bo po początkowym szoku polska waluta zdołała się już uodpornić. — Pierwszy reakcja inwestorów na złamanie liry była typowa: jak nie wiadomo, co dokładnie się dzieje, to prewencyjnie uciekamy z rynków wschodzących. Można to było zauważyć po notowaniach euro do złotego. Jednak po głębszej analizie inwestorzy doszli do wniosku, że problemy Turcji nie mają przełożenia na inne kraje rozwijające się. W Turcji mamy bardziej do czynienia z problemami politycznymi, które dopiero zmieniają się w gospodarcze — mówi Konrad Białas.

Fed

Jakby Donaldowi Trumpowi było mało konfliktów na arenie międzynarodowej, próbuje on rozpętać kolejny na krajowym podwórku. W wywiadzie udzielonym agencji Reuters powiedział, że nie jest zadowolony z podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych i uważa, że bank centralny nie wspiera go podczas trudnych rozmów handlowych.

— Pojawia się pytanie, dlaczego Donald Trump zaczął naciskać na Fed, który musi studzić gospodarkę rozpędzoną m. in. jego reformą podatkową. Albo prezydent i jego doradcy nie rozumieją przełożenia polityki fiskalnej na monetarną, albo szukają kozła ofiarnego w obliczu spowalniającej gospodarki. Donald Trump może sięgać po tego typu retorykę w celu poprawy swojego wizerunku dbania o wzrost gospodarczy — uważa Konrad Białas, główny ekonomista DM TMS Brokers.

Słowa Donalda Trumpa nie wydają się jednak być groźne. Fed jest ustawowo apolityczny, a te relacje może zmienić tylko Kongres, którego przedstawiciele zdają się kierować ekonomicznym rozsądkiem Problemem jest to, że im częściej Biały Dom wypowiada się na takie tematy i w takim tonie, tym bardziej inwestorzy reagują na różnego rodzaju polityczne komentarze. Pierwszy raz odbiły się szerokim echem podczas styczniowej konferencji w Davos, kiedy to prezydent narzekał na zbyt silną walutę jego kraju. Teraz każdorazowo oddziałują one na notowania dolara, a w dłuższej perspektywie przyczyniają się do destabilizacji jego kursu.

— Rynki zdają się szukać pretekstów do sprzedaży dolara i słowa Donaldy Trumpa padły w odpowiednim do tego momencie. Czy szef Białego Domu powiedział coś nowego? Nie, gdyż podobne słowa padły już jakiś czas temu. Wtedy jednak rynki skoncentrowane były na czymś innym, a teraz pojawiła się informacyjna próżnia, która została dobrze zagospodarowana — mówi Marek Rogalski, główny analityk walutowy w Domu Maklerskim BOŚ.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mateusz Wojtala, Kamil Zatoński

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Trump na wojnie ze wszystkimi