Trwa polowanie na ministra od kolei

Katarzyna Kozińska
17-06-2003, 00:00

Już od ponad trzech miesięcy resort infrastruktury szuka chętnego na stanowisko wiceministra, który zajmie się PKP. Odmówiło co najmniej sześciu fachowców, twierdząc, że to posada dla samobójcy. Tymczasem kolej stacza się na dno.

Już od ponad kwartału w Ministerstwie Infrastruktury nie znaleziono następcy wiceministra Mieczysława Muszyńskiego, który zająłby się nadzorowaniem przekształceń w PKP. Restrukturyzacja jednego z największych przedsiębiorstw utknęła w martwym punkcie.

Objęcie teki wiceministra zaproponowano co najmniej sześciu osobom. Szukano wśród menedżerów związanych z kolejami — oferty nie przyjął Tadeusz Augustowski, szef PKP Polskich Linii Kolejowych (PLK), spółki zarządzającej siecią kolejową, oraz Józef Kowalczyk, prezes Cargo. Odmówiło też trzech znanych wykładowców uniwersyteckich, od lat zajmujących się problematyką transportu, oraz bankier inwestycyjny.

To stanowisko dla samobójcy — twierdzą zgodnie.

— Cokolwiek by się zrobiło i tak skończy się awanturą i dymisją — mówi jeden z kandydatów

— Swoje wielkie programy naprawcze mają lub miały huty, które zatrudniają około 30 tys. osób, kopalnie, w których pracuje około 100 tys., a PKP, które zatrudniają prawie 150 tys. pracowników, w ogóle wypadły z pola widzenia rządu. Każdy, kto dziś chciałby zacząć reorganizację tej grupy, musi się liczyć ze skutkami oporu społecznego, bo nie da się zrestrukturyzować kolei bezboleśnie, choćby z powodu przerostu zatrudnienia. A rządowi zależy wyłącznie na świętym spokoju — wyjaśnia kolejny niedoszły wiceminister.

Aby cokolwiek zmienić, potrzebne są zmiany systemowe. Nie bez znaczenia jest także czynnik personalny — kandydaci chcieliby mieć wpływ na obsadę szefów spółek PKP, bo metody zarządzania w niektórych pozostawiają wiele do życzenia.

Podział PKP na samodzielne spółki w 2001 r. nie dał efektów. Spadają wyniki finansowe oraz przewozy towarowe i osobowe.

— PKP w każdej sytuacji zasłaniają się brakiem pieniędzy, a rząd uważa, że na tym poziomie finansowania koleje mogłyby wykazywać lepsze wyniki. Tymczasem efektywny dług PKP szacowany jest na kilkanaście miliardów — mówi Henryk Klimkiewicz, szef zespołu doradców TOR.

Eksperci wytykają zjawisko przelewania pieniędzy z kieszeni do kieszeni, bo spółki płacą — a raczej nie płacą — sobie nawzajem. Scenka rodzajowa z życia kolei: PKP SA, spółka matka, w zamian za 160 mln zł, które jest winna budżetowi, oddaje Skarbowi Państwa kolejny pakiet akcji w jednej ze swoich spółek — PLK. Głównie w ten sposób udział Skarbu Państwa w tym podmiocie sięgnął już 70 proc. Niby wszystko zostaje w rodzinie — jedynym właścicielem PKP też jest państwo. W tym samym czasie PLK nie są w stanie wyegzekwować 800 mln zł od spółki Przewozy Regionalne, które nie dostają dotacji budżetowych.

— Rząd stosuje metodę uniku — nie chce podjąć decyzji o zamknięciu części połączeń, bo to oznacza niezadowolenie społeczeństwa i silnej grupy zawodowej, jaką są kolejarze, a z drugiej strony nie chce finansować Przewozów Regionalnych — mówi Robert Kietliński, ekspert Banku Światowego.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Katarzyna Kozińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Trwa polowanie na ministra od kolei