Trzeba wydać trochę, żeby sporo oszczędzić

Joanna Inorowicz
opublikowano: 2005-10-31 00:00

Rosną rachunki od mechanika i stawki ubezpieczalni? Jest na to lekarstwo — lekcje jazdy dla pracowników, którzy mają auta służbowe.

W krakowskiej firmie farmaceutycznej każdy handlowiec ma samochód służbowy. Niestety, pół roku temu jednemu zdarzył się bardzo poważny wypadek, w zeszłym miesiącu trzech miało stłuczki. Rachunki za naprawy płaci firma.

Tak jest w większości polskich przedsiębiorstw. Wydatki będą niższe, jeśli pracownicy przeszkolą się w jeździe.

— Nasza firma ma ponad 100 samochodów służbowych. Mieliśmy problem ze sporą liczbą wypadków. Po szkoleniu nasi pracownicy jeżdżą ostrożniej, bezpieczniej, a co za tym idzie —oszczędniej — mówi Zbigniew Stankowski, dyrektor ds. szkoleń w firmie Otis, produkującej m.in. dźwigi, schody i chodniki ruchome.

Teoria, potem praktyka

Wbrew temu, co o kursach doszkalających sądzi większość z nas, nie polegają one tylko na ćwiczeniu wychodzenia z poślizgu czy jeździe slalomem z omijaniem przeszkód.

W trakcie dwudniowego szkolenia jeden dzień poświęcony jest szkoleniu teoretycznemu, drugi to kurs praktyczny. Zagadnienia z psychologii transportu, jazdy nocą czy w mieście ilustrowane są filmami i grafikami.

Dla Marka Tumiłowicza z warszawskiej firmy SmartDriving, prowadzącej kursy dla firm, szkolenia praktyczne to rzecz drugorzędna.

— Tylko 30 proc. wypadków zdarza się na mokrej nawierzchni, więc ćwiczenia na płycie poślizgowej nie są aż tak ważne. Prawie 60 proc. wypadków dzieje się na suchej nawierzchni, prostym odcinku drogi, np. przy wyprzedzaniu. W trakcie szkolenia teoretycznego skupiamy się więc na symulacjach wyprzedzania, analizujemy konkretne przypadki, szukamy błędów. Chodzi o to, by uczestnicy kursu oczami duszy ujrzeli, co się może stać. By nauczyli się przewidywać — tłumaczy Marek Tumiłowicz.

Jeden dzień szkolenia to za mało, by jeździć jak Hołowczyc, ale specjaliści zgadzają się, że nawet jeden dzień może dać szkolonemu pojęcie o tym, jak działa jego psychika i samochód, np. w momencie poślizgu. Tyle tylko że w trakcie kursu jedziemy 60- -70 km/h, a w prawdziwej sytuacji awaryjnej może to być — i często jest — ponad 100 km/h.

Szef nie lubi się uczyć

Wydaje się, że każdemu powinno zależeć na tym, by jeździć jak najlepiej. Nic bardziej mylnego — okazuje się, że najmniej chętna do nauki jest kadra zarządzająca.

— Wygląda to tak, że szeregowi pracownicy mają się szkolić, jak jeździć bezpieczniej i oszczędniej, a szef nie musi i może jeździć, jak chce — mówi Marek Tumiłowicz.

Do firm prowadzących szkolenie zgłaszają się głównie korporacje, które mają powyżej 50 aut służbowych. W wielu firmach doskonalenie jazdy samochodem wpisane jest w kulturę przedsiębiorstwa. Najczęściej szkoleni są ludzie używający samochodów służbowych na co dzień, np. przedstawiciele handlowi, ale niekiedy też pracownicy biurowi i ich rodziny (ale na własny koszt). W niektórych firmach w kursach uczestniczą też zatrudnieni, którzy używają swoich samochodów do celów służbowych.

Ostatnio centrala PZU przeszkoliła swoich 120 etatowych kierowców, którzy wożą pozostałych pracowników nie tylko po mieście, ale również w bardziej odległe zakątki kraju.

— Dzięki kursowi podniosły się ich umiejętności praktyczne, z naciskiem na wyćwiczenie odpowiedniego zachowania się w sytuacjach ekstremalnych — w trakcie poślizgu czy w złych warunkach atmosferycznych. Okazało się, że przydało się też odświeżenie znajomości z kodeksem drogowym — mówi Maciej Jagielski z PZU.

Lepiej zapobiegać

Według specjalistów najtrudniejsze i zdecydowanie wymagające szkolenia są trzy elementy — wychodzenie z poślizgu, omijanie przeszkód i hamowanie.

— Przygotowanie do szkolenia zaczynamy od diagnozy potrzeb i umiejętności uczestnika, potem dopiero szkolimy — zgodnie z potrzebami każdej osoby. Niektórzy nie czują się zbyt pewnie za kierownicą, inni z kolei uważają, że są świetnymi kierowcami, mimo że tak nie jest — wyjaśnia Krzysztof Gos, właściciel firmy szkoleniowej Szkoła Bezpiecznej Jazdy GOS.

Koszt szkolenia nie jest mały, ale, jak twierdzą przedstawiciele firm, wydatek szybko się zwraca.

— Wydatek związany z przeszkoleniem jednej osoby to suma rzędu 350 do 450 zł za dzień — mówi Marek Tumiłowicz z firmy SmartDriving. W warszawskiej Akademii Bezpiecznej Jazdy za przeszkolenie pracownika zapłacimy od 580 zł do ponad 800 zł. Szkolenie dla grupy do 12 osób w Akademii Bezpiecznej Jazdy Lanette w Gliwicach kosztuje od 4200 zł do 5700 zł.

— Firma decyduje się na wykupienie szkolenia, bo koszt nieobecności pracownika, który miał wypadek, jest często za wysoki. Straty te dodatkowo rosną, gdy pracownik w godzinach pracy musi składać zeznania na policji czy w sądzie — ostrzega Krzysztof Gos.

Wiele przedsiębiorstw decyduje się na szkolenie dopiero po tym, jak w firmie zdarzy się nieszczęście — ktoś będzie miał stłuczkę czy poważny wypadek. Inne jednak szkolą pracowników regularnie.

— Niektórzy szkolą swoich pracowników już trzeci rok z rzędu. Co ciekawe, są to zarówno nowi pracownicy, jak też ci, którzy wcześniej brali już udział w kursie — wyjaśnia Jakub Bielak, szef warszawskiej Akademii Bezpiecznej Jazdy.

— Początkowo pracownikom wydawało się, że szkolenie teoretyczne jest im niepotrzebne, bo przecież mają bardzo duże doświadczenie w jeździe. Po szkoleniu byli jednak pod ogromnym jego wrażeniem. Omawiane były rzeczy, które znamy, ale w całkiem nowej — i bardzo atrakcyjnej — formie — podsumowuje Zbigniew Stankowski.