Trzecie oko Buddy

Karolina Guzińska
opublikowano: 2004-06-25 00:00

Kolorowy taniec masek. Mnisi w odświętnych strojach — jedwabie prosto z Chin! — wirują na świątynnym dziedzińcu przy dźwiękach surm, trąb i dzwonków.

Twarze skryte za wizerunkami demonów i bóstw opiekuńczych — Dharmapali, Heruki, Yamy... Uroczystości w klasztorze Hemis — poświęcone Guru Rimpoche — Padmasambhawie, który zaszczepił buddyzm w Tybecie — symbolizują walkę dobra ze złem. I dobro zwycięża — procesja wynosi poza klasztorne mury figurkę z ciasta: uosobienie zła.

— Raz na 12 lat — a przypada to w tym roku — mnisi rozwijają na dziedzińcu XVII-wiecznej świątyni gigantyczną tankę: buddyjską ikonę, służącą medytacji — dodają Katarzyna i Andrzej Mazurkiewiczowie, podróżnicy zajmujący się zawodowo pokazami slajdów, piloci autorskich wypraw po Azji.

Święto trwa 2 dni (przełom czerwca i lipca). Gdy mnisi dają przedstawienia, herbaciarnie i stragany rozwijają namioty z „biznesem dla pielgrzymów”.

Z biegiem słońca

Do Leh — stolicy Ladakhu — samolotem z Delhi dociera się w godzinę (bilet: 115 USD). Ale przynajmniej w jedną stronę warto jechać lądem (50 USD). Wyrusza się na południe i po 14-17 godzinach dociera do górskiego kurortu Manali, ulubionego poślubnego celu podróży hinduskich par. Pełno tu hoteli z szyldem „Honey Moon”... Stąd tylko 475 km do Leh, ale jedzie się minimum 2 dni. Przez góry i 5-tysięczne przełęcze, po drogach niszczonych lawinami kamieni i błota. Noclegi w hotelach-namiotach.

— To nie jest stracony czas. Ciekawe formacje skalne i Himalaje w kolorach tęczy — rudobrązowe, fioletowe, zielone — rekompensują trud — wspomina Katarzyna Mazurkiewicz.

Miasto leży na 3505 m n.p.m. — trzeba się aklimatyzować. Wolno chodzić, głęboko oddychać... Nad labiryntem uliczek, wśród kamienno-glinianych domów o płaskich dachach, góruje wzgórze z ruinami pałacu królewskiego. Stąd roztacza się widok na miasto, dolinę Indusu, góry ośnieżone nawet latem.

— Leh to baza wypadowa do ponad 20 klasztorów doliny Indusu. Tydzień starczy, by zwiedzić najważniejsze — wyjaśnia Andrzej Mazurkiewicz.

Warto zacząć od jednodniowej wycieczki: Hemis, Tikse i Shey. Klasztory zaskakują: ascetyczne fasady lamaistycznych świątyń — gompa — kontrastują z bogactwem wnętrz. Posągi Buddy i bodhisattwów, przed którymi palą się kadzidła. Freski z dobroczynnymi i złośliwymi bóstwami oraz tantryczne mandale. Proporce między rzeźbionymi kolumnami.

— Klasztory buddyjskie zwiedza się zgodnie z biegiem słońca: od lewej od prawej. Wstęp: od pół do dolara. Kto chce, uczestniczy w porannym nabożeństwie puja. Wolno fotografować, lepiej jednak nie dotykać rytualnych przedmiotów — radzi Katarzyna Mazurkiewicz.

Uśmiech za uśmiech

Mnisi z ogolonymi głowami noszą cienkie, czerwono-pomarańczowe tuniki, zawinięte na ramieniu. Radzą sobie z surowym klimatem, zakładając na wierzch bordowe polary. Wszyscy pogodni, uśmiechnięci...

— Ludzie w Ladakhu są otwarci, serdeczni, z poczuciem humoru. Na uśmiech odpowiadają uśmiechem. Warto znać słowo klucz: jullay. W klasztorach, wioskach, na górskich szlakach słychać: jullay! jullay! Powitanie, podziękowanie, pożegnanie... Jak hawajskie aloha — wspomina podróżniczka.

Tikse — klasztor z XV wieku — leży wysoko nad wioską. Zabudowania, ślicznie wkomponowane w krajobraz, oblepiają wzgórze nad Indusem. Domki mnichów, szkoła klasztorna, budynki gospodarcze... Przykład ladakhijskiego budownictwa sakralnego. Świątynia słynie z potężnej figury Buddy. By mu spojrzeć w oczy, trzeba wejść schodami na piętro! Jego trzecie oko ma kształt amonitu, a koronę zdobią turkusy, korale, perły i srebro.

— Gdy mroczne, bogate wnętrze świątyni wypełnia się mnichami — nabiera mistycznej atmosfery. Ich harmonijne głosy melodyjnie mamroczą modlitwy. Towarzyszą temu rytuały: akompaniament bębnów, przejmujący dźwięk dzwonków vajra, zapach kadzidła, odpowiednio złożone dłonie... — unosi się Katarzyna Mazurkiewicz.

To Vajrayana, buddyzm tantryczny. Tantry (teksty powstałe w VII w. w Indiach) opisują techniki niezbędne do doznań mistycznych.

Bez dystansu

Modlitewne skupienie mnichów mija w porze posiłku. Podstawa to rozgrzewająca i pożywna tybetańska herbata. Wypijają jakieś 20 czarek dziennie. Smakuje jak bulion — to zielona herbata lub zioła z solą i masłem z mleka jaka. Popularna jest tsampa: gruboziarnista mąka z prażonego jęczmienia z dodatkiem herbaty, kefiru lub jogurtu oraz indyjski dalbat: zupa z soczewicy z ryżem i przyprawami. Mnisi częstują turystów swoim jedzeniem. Ich relacje z innymi ludźmi są proste i bezpośrednie.

— Pamiętam świeżo upieczoną, nieco nawiedzoną, buddystkę z polskiej wycieczki. Przybiegła do mnie spłoszona, pytając, jak ma się zachować. Bo mnich klepnął ją w tyłek! — śmieje się Andrzej Mazurkiewicz.

Niektóre klasztory prowadzą hotele — goście śpią w mnisich celach na prostych, żelaznych łóżkach, posiłki jedzą w klasztornej kuchni, a przy zapłacie ostro się z gospodarzami targują. Nocleg: 3-5 zł.

Przybyszy zaskakują kilkuletni mnisi — cóż, w górach tylko dzieci dostatek. Ludzie żyją skromnie — uprawiają jęczmień, hodują owce i jaki. Zwykle najstarszy syn zostaje w domu, reszta dzieci idzie do klasztoru, gdzie ma za darmo wikt i naukę. Dorastając, podejmują decyzję, jakie życie wybrać — świeckie czy klasztorne.

— Podczas modlitwy dzieci się wygłupiają, a mnich — zamiast uciszać — przyłącza się do zabawy. Zdarza się, że duchowny ziewa, a nawet przyśnie w świątyni. Bardzo to ludzkie — dodaje Katarzyna Mazurkiewicz.

Klasztory ladakhijskie należą do dwu odłamów buddyzmu (podział nastąpił w wyniku XV-wiecznej reformy religijnej). Żółte Czapki, których głową jest Dalaj Lama, przestrzegają celibatu. Wśród Czerwonych Czapek celibat nie obowiązuje.

— Często mnisi z tej grupy nie mieszkają w klasztorze, lecz w wiosce obok. I nie są wegetarianami — w surowym, górskim klimacie nie bardzo jest co jeść... Omijają zakaz spożywania zwierząt zabitych przez buddystę do zjedzenia: w każdej większej wiosce mieszka muzułmański rzeźnik — wtrąca Andrzej Mazurkiewicz.

Krajobraz księżycowy

Klasztor Shey zadziwia VII-wiecznymi reliefami skalnymi z wizerunkami Buddy. Podróżnicy radzą, by po zwiedzeniu urządzić sobie inną wyprawę — do świątyni Spituk, 10 km na południe od Leh. Z dachu klasztoru — założonego w XV w. — podziwia się panoramę Leh, Himalajów i doliny Indusu. Potem można pożegnać stolicę Ladakhu.

— Polecam dolinę Nubry. Jakie widoki! Jadąc z Leh pokonuje się najwyższą przejezdną przełęcz świata: Khardung La (5602 m). Można pobić swój rekord wysokości, siedząc w autobusie! — ekscytuje się Katarzyna Mazurkiewicz.

W dolinie Nubry zwiedza się stare wsie i klasztory: Diskit, Hanakr... Nie wolno przegapić dwóch najstarszych, X-wiecznych: Lamayuru i Alchi w dolinie Indusu.

— Alchi jest z zewnątrz niepozorny. Ot, kilka budynków przycupniętych w dolinie. Za to wnętrze! Pokryte freskami w stylu starokaszmirskim, wykonanymi farbami mineralnymi. To wizerunki 1000 wcieleń Buddy. Są też mandale — diagramy buddyjskiego Kosmosu — z przebogatą symboliką. Warto wejść z latarką, by dobrze się przyjrzeć scenom religijnym i dworskim... Cud, że malowidła się ostały — w mentalności tamtejszych ludzi wiek zabytków nie gra roli. Ciach — przychodzą z farbą i odnawiają... — ubolewa Katarzyna Mazurkiewicz.

Opustoszałymi budynkami świątyni — założonej przez badacza świętych ksiąg mnicha Rinchen Zangpo, dzięki któremu powstało w Tybecie 108 klasztorów — zawiaduje staruszek-klucznik.

Bagaż na plecach

Lamayuru (125 km od Leh) leży na wzgórzu nad doliną po prehistorycznym jeziorze. Złoto-beżowe kratery i formacje skalne przywodzą na myśl Kapadocję. Z Lamayuru wychodzą trasy trekingowe — także długie jak ta przez 9 przełęczy do Darczy (350 km).

— Góry, doliny, pastwiska jaków, tu zagubione wioski, klasztory... To nie Nepal: trzeba mieć namioty, zapasy, sprzęt do gotowania. Turystów mało. Nawet jeśli trafimy do osady, może być pusta, bo ludzie poszli kosić trawę — przestrzega Andrzej Mazurkiewicz.

Trekking z Lamayuru do Darczy wiedzie szlakiem karawanowym. Spotyka się je czasem — wiozą wełnę jaków, zioła, cukier, sól, odzież, warzywa... Podczas wyprawy wkracza się do drugiego z dawnych tybetańskich królestw w granicach Indii — Zanskaru. Mija się klasztory — najpiękniejszy to wkomponowana w naturalną jaskinię świątynia Puktal.

— Wędrowiec natyka się na czorteny — kapliczki i mani — kamienne, modlitewne murki — wspomina Katarzyna Mazurkiewicz.

Podróżnicy spotykają noszących się po europejsku mężczyzn — ale w cylindrach z wygiętym rondem — i tradycyjnie odziane kobiety, ozdobione srebrną biżuterią z koralami, od święta noszące peraki: nakrycia głowy ze spływającymi na plecy pasami skóry pokrytej turkusami.

— Gdzieniegdzie występuje poliandria. Jedna kobieta ma kilku mężów, ale zawsze to bracia: górskie poletka są za małe, by ojciec dzielił je między synów — tłumaczy podróżniczka.

Z Darczy kursuje autobus na południe Indii, do Manali. Ale...

— Autobus dziś nie jedzie? To pojedzie jutro... No i te górskie drogi. Trzeba liczyć czas z zapasem. Inaczej — jak pewni Niemcy — można się spóźnić do Delhi na samolot — dają ostatnią radę Katarzyna i Andrzej Mazurkiewiczowie.