Trzepani przez służby

Jolanta Grabowska
10-06-2005, 00:00

Własne opracowania i patenty, dobra jakość i niskie koszty — tym pokonują konkurentów, także zachodnie giganty.

Podbijają wojskowy rynek — małe, prywatne firmy. Opanowały branże: elektroniczną, logistyczną, indywidualnego wyposażenia żołnierza. Coraz częściej nadają ton zbrojeniówce w dziedzinie wynalazczości.

— Najwyższy czas zacząć myśleć o sektorze prywatnym jako o równorzędnym partnerze. Nie można wciąż traktować ich jak młodszych braci — takie myślenie przynosi szkodę całej branży zbrojeniowej, zwłaszcza że niektóre małe firmy prywatne produkują ważny sprzęt — podkreśla Sławomir Kułakowski, prezes Polskiej Izby Producentów na rzecz Obronności Kraju.

Przywilej państwowych

Równorzędność to przede wszystkim dostęp do programów offsetowych. Ale... W tej chwili z offsetu bezpośredniego — najbardziej lukratywnego — korzystają jedynie państwowe firmy, które znajdują się na specjalnej ministerialnej liście. Prywatne mogą uczestniczyć w offsecie pośrednim, a i to nie bez problemów.

— Konieczna jest nowelizacja ustawy i rozszerzenie listy o prywatne przedsiębiorstwa — mówi Piotr Wojciechowski, prezes spółki WB Electronics.

— Druga ważna rzecz to możliwość udziału w programach MON i MSZ, promujących polski przemysł zbrojeniowy, np. misjach gospodarczych — dodaje Sławomir Kułakowski.

Hołd szwedzki

Kiedy w 2004 r. Szwedzka Agencja Zakupów ogłosiła przetarg na system łączności do pojazdów wojskowych, przystąpiło doń 18 firm z całego świata, w tym giganci rynku zbrojeniowego. Wygrała... mała firma z Warszawy — WB Electronics.

W finale pokonała potężne konsorcja: Tales i General Dynamics. Rodzimy Ericsson nie znalazł się nawet w pierwszej trójce. Dla konkurencji był to szok. Dla Szwedów również. Nigdy wcześniej szwedzka armia nie zdecydowała się na zakup nowego uzbrojenia w krajach byłego bloku wschodniego.

— Wojskowi z Agencji mogą latać tylko liniami, z którymi mają podpisaną umowę. W przeszłości nie bywali w Polsce... Kiedy po długiej podróży, z przesiadką w Kopenhadze, wylądowali wreszcie na Okęciu — odetchnęli z ulgą. Po ulicach nie jeździły czarne wołgi... — wspomina szef WB Electonics.

Spółkę, w 1997 r., założyło trzech znajomych z Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej: Piotr Wojciechowski, Adam Bartosiewicz i Krzysztof Wysocki. Tylko trzy osoby z 43 zatrudnionych to dział administracyjny — reszta to inżynierowie, konstruktorzy, programiści. Średnia wieku 32 lata — trochę zawyżają ją właściciele. Prezes i udziałowcy nie są zatrudnieni.

— Mają żyć z zysku, a nie tylko tuczyć się! — wyjaśnia Piotr Wojciechowski.

Kapitałem firmy są ludzie i wiedza. A innowacje to źródło jej sukcesu.

— 40-osobowy zespół, pracujący nad jedną dziedziną, ma w sobie ogromny potencjał wynalazczy. Jedynym odbiorcą naszej myśli technicznej jest wojsko. Specjalizujemy się w automatyzacji pola walki. Opracowujemy rozwiązania, robimy dokumentację. Produkcję podzespołów zlecamy na zewnątrz — nie chcemy rozpraszać sił na cokolwiek poza projektowaniem — przekonuje prezes WB Electronics.

Sztandarowe produkty to Zautomatyzowany Zestaw Kierowania Ogniem — Topaz (urządzenia i soft-ware) oraz system Fonet. ZZKO przeznaczony jest dla dywizjonów artylerii samobieżnej — artylerzyści strzelają, siedząc przed monitorem komputera. Fonet zaś to system cyfrowej łączności pokładowej dla pojazdów wojskowych — rodzaj sieci internetowej na pokładzie pojazdów. Właśnie ten system kupiło szwedzkie wojsko. Dla warszawskiej firmy to znakomita referencja: armia szwedzka należy do najnowocześniejszych i najbardziej przejrzystych na świecie — nie ma mowy o krętactwach przy przetargach. I bardzo trudno znaleźć się w kręgu jej zainteresowania...

Urzędnicy ze szwedzkiej wojskowej Agencji Zakupów latają już bez przesiadki na trasie Sztokholm-Warszawa.

Konkurenci w świecie

W kraju nie mają bezpośrednich rywali. Oferta dwóch innych firm z tzw. elektronicznej trójcy: warszawskiego Transbitu i gdańskiej DGT— jest bardziej komplementarna niż konkurencyjna. Każda działa w swojej niszy. DGT przoduje w produkcji urządzeń telekomunikacyjnych, ma na koncie mnóstwo własnych opracowań. Specjalnością Transbitu są radiolinie, czyli urządzenia, które dzięki wysokim antenom ustawionym w odległości kilkudziesięciu kilometrów od siebie są w stanie zapewnić cyfrową łączność między wojskowymi oddziałami — bez konieczności rozwijania kabli.

— Ale za to w świecie konkurentów mamy solidnych: Marconi, Tales, British Aerospace, General Dynamics. Zapytania ofertowe dostajemy z osiemnastu krajów, nawet tak egzotycznych jak Kongo czy Etiopia — chwali się Piotr Wojciechowski.

A ma czym, bo w niektórych pracach badawczych i wdrożeniowych jego zespół wyprzedził rywali o kilka lat. W 2001 r. Fonet debiutował w polskim wojsku, w 2002 r. — Topaz. Podobny do Topaza system ma w Europie jeszcze tylko jedna zachodnia armia, ale otrzymała go niedawno. Główni konkurenci w dziedzinie interkomów również spóźnili się z opracowaniem systemu podobnego do Foneta.

Odchodzący wspólnicy

Obrzeża Legionowa. Dwa nieduże budynki. Jeden przerobiony z zakładowej stołówki na halę, drugi niedawno wybudowany. Z zewnątrz nic nie wskazuje na to, że mamy do czynienia z największym producentem spadochronów w Polsce, który z powodzeniem eksportuje na cały świat.

Włodzimierz Budziński, właściciel i prezes Air-Polu, nie chce rozmawiać, dopóki nie pokażemy dokumentów.

— Wolimy być ostrożni, mieliśmy tu już różne podchody. No i wytwarzamy dla wojska, stale więc jesteśmy trzepani przez wszelkie możliwe służby — tłumaczy.

Co to znaczy „trzepani przez służby”?

— Mieli przyjechać do nas kontrahenci z jednego z krajów arabskich. Wynająłem dla nich willę na Mokotowie. Pech chciał, że sąsiadowała z rezydencją ambasadora USA. Następnego dnia rano odebrałem telefon z policji z prośbą o potwierdzenie tożsamości i celu wizyty Arabów. Zaraz po tym kolejny — z Centralnego Biura Śledczego, z dobrą radą: „Rozumie pan, my do nich nic nie mamy, ale niech pan ich lepiej stamtąd zabierze” — opowiada Włodzimierz Budziński.

Branżę spadochronową zna jak własną kieszeń. Pracuje w niej już 40 lat. Przez 27 lat był konstruktorem i dyrektorem technicznym w państwowych zakładach Awiotex. Po przełomie w 1989 r. postanowił pójść na swoje. Pierwsze plany o spółce snuł z kapitanem Radwańskim, dowódcą dywizjonu bombowego w Wielkiej Brytanii. Niestety, Radwański zmarł. Rozmowy przejęła jego żona. Do dziś jej portret wisi w biurze Air-Polu, bo wdowa po kapitanie również wkrótce zmarła. Udziały przypadły w spadku jej matce.

— Miała 89 lat, ale była kobietą do rzeczy. Wykupiłem firmę, teraz należy do mnie, mojej żony i córki — wspomina prezes.

Logo na czaszy

Air-Pol w większości produkuje dla wojska — spadochrony desantowe, ratunkowe, specjalne: hamujące do samolotów, stabilizacyjne do bomb, towarowe do zrzutów. Ale też kombinezony przeciążeniowe do lotów na dużych wysokościach (powyżej 11 tys. m). Wszystko oparte na własnych, nowatorskich opracowaniach, chronionych patentami w kraju i za granicą. W Polsce firma zaopatruje wszystkie jednostki spadochronowe.

— To, co kupuje nasze wojsko, stanowi zaledwie 20 proc. naszych możliwości. Staramy się więc pobudzać popyt, proponując spadochroniarzom coraz lepszy sprzęt. Nie czekamy, aż zużyje się ten, który już im sprzedaliśmy — twierdzi Włodzimierz Budziński.

Firma szyje spadochrony również dla cywilów. Głównie dla szybowników. To jednak drogi sport, nie każdego stać. Nowy spadochron kosztuje od 4 tys. do nawet 50 tys. zł. Pozostaje więc zagranica i obce armie... Tu spółka z Legionowa może poszczycić się sukcesami. Spadochrony z logo Air-Pol są na wyposażeniu marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych, armii hinduskiej...

— Wartość kontraktu z Hindusami przekraczyła kilkakrotnie możliwości polskiego wojska — prezes nie chce ujawnić kwoty.

Przyznaje też, że sporo kupowały kraje arabskie, ktoś widział ich spadochrony w bazie w Niemczech...

— Na naszych spadochronach ratunkowych skacze pół świata — cieszy się Włodzimierz Budziński.

Firma przynosi dochód. Pieniądze z zysku przeznacza na badania i rozwój.

— Nigdy nie braliśmy żadnych kredytów — mówi prezes Air-Polu.

Dlaczego? Bo tak jak większość prywatnych przedsiębiorstw, w badania może zainwestować wyłącznie własne pieniądze. Banki nie chcą kredytować nowych, ryzykownych projektów...

Na kłopoty — rząd

Zmartwieniem polskiej prywatnej zbrojeniówki jest niedostateczna promocja w świecie. Air-Pol zawarł umowy z Bumarem i kilkoma innymi firmami.

— Wiadomo, duży może więcej. Oni mają kontakty w krajach, do których byłoby nam trudno dotrzeć — twierdzi Włodzimierz Budziński.

Dodaje, że potrzebna jest jednolita polityka państwa w promowaniu polskiego przemysłu zbrojeniowego. Taka sama dla państwowego i prywatnego sektora. Marzy o pomocy rządu w promowaniu rodzimych producentów, tak jak robią to Amerykanie. Przykład?

— Braliśmy udział w przetargu w Indiach. Wśród zainteresowanych byli też Amerykanie. I co? Niby przypadkiem przylecieli herkulesem. A Rangersi — niby przypadkiem — zrobili pokaz skoków spadochronowych... Zamówienie oczywiście powędrowało do USA, nie do Legionowa. Bo trudno promować sprzęt wojskowy bez pomocy wojska — przekonuje Włodzimierz Budziński.

— Niech ci, którzy siedzą na placówkach dyplomatycznych — attaché wojskowi, radcy handlowi — mówią potencjalnym klientom też i o nas, o tym, co w Polsce jest nowoczesnego — dodaje Piotr Wojciechowski.

Tajemnicze ministerstwo

Utrudnieniem dla firm kooperujących z polskim wojskiem jest również brak informacji o planie zakupów MON, w tym informacji technicznych o przewidywanych programach.

— Dowiadujemy się o tym od żołnierzy, ale chcielibyśmy otrzymywać oficjalne komunikaty. Ryzyko nietrafienia z produkcją byłoby mniejsze — podkreśla Budziński.

— Do każdego nowego projektu trzeba się wcześniej przygotować. Dzięki informacjom moglibyśmy opracować plan dalszego rozwoju firmy — mówi prezes WB Electronics.

Kolejny kłopot — nie ma systemu umów wieloletnich. Co roku trzeba czekać, aż zostanie zatwierdzony budżet MON. Pierwsze kontrakty zawierane są zwykle w maju.

— W 2001 r. pierwszą umowę z wojskiem podpisałem 17 października, z terminem wykonalności do 31 grudnia. Była ona wcześniej sygnalizowana, ale pech chciał, że był to rok wyborów — mówi Włodzimierz Frank, prezes Transbitu.

Były lata, że do wojska trafiało 50-80 proc. produkcji Transbitu. Obecnie — prawie 100 procent. W ubiegłym roku spółka wygrała dwa przetargi na dostawę najnowocześniejszych radiolinii dla polskiego wojska. Pokonała gigantów — Tadiran i Marconi. Wartość tych kontraktów to ponad 100 mln zł.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jolanta Grabowska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Trzepani przez służby