Piękno włoskiego języka zawiera się w jego melodyjności. Zwykłe proste nazwy brzmią jak przemyślane hasła. I do tego są pełne południowego temperamentu. Do motoryzacji pasują jak kawa do papierosa lub (to wersja dla niepalących) jak krem do rurki.
Oscar za nazwę
Brzmienie ma znaczenie. Ogromne. Już sam dźwięk nazwy może czynić cuda i decydować o popularności produktu. Musi pasować do jego charakteru lub go oddawać. Czasami przerastać. Włosi mają w tej sprawie niezłe fory. Ich język jest jednym z najbardziej melodyjnych spośród około 7000 języków używanych na świecie.
Cokolwiek powiedziane po włosku brzmi dobrze (swoją drogą: „cokolwiek” to po włosku „checche”). Ta sympatyczna cecha języka powoduje, że także motoryzacja z Italii jest wyjątkowa. No, przynajmniej używa wyjątkowych nazw. Jest też jedną z niewielu, która nie potrzebuje do tego obcojęzycznych zapożyczeń. A jeśli już ich używa, to ze względu na fantazję, a nie konieczność. Przykład? Fiat Cinquecento.
Polskimi słowy: Fiat Pięćset. I choć Włoch nie wykazał się tu kreatywnością, efekt osiągnął piorunujący. Nie dosyć, że nazwa precyzyjna (określa pojemność), to jeszcze brzmi przepięknie. Gdyby jakimś cudem Fiat był niemiecki i stosował równie precyzyjne nazwy, to brzmiałoby to… Fünfhundert. Jest różnica? Włosi nie muszą napinać umysłowych muskułów. Nazywają rzeczy po imieniu. Finezyjny język robi resztę. Ferrari Testarossa. Brzmi bajecznie? Owszem. Po polsku jest nieco gorzej — Ferrari czerwonogłowy lub czerwonogłowicowy (nazwa pochodzi od czerwonej pokrywy głowicy silnika). A po niemiecku? Rotten Motorhaube.
Jak nazwa jakiejś przemysłowej rozdrabniarki kości w rzeźni na przedmieściach, a nie supersamochodu. Nic dziwnego, że niemiecka motoryzacja poszła w cyferki i nazwy zapożyczone z bardziej melodyjnych języków. Bez dwóch zdań w kategorii „Nazwa“ Włosi wygrywają w cuglach z każdą inną nacją. Nawet jeśli — jak w przypadku dzisiejszego bohatera — nie jest to imię ciepłego wiatru czy wojowniczego plemienia, a jedynie określenie… liczby drzwi. Proszę bardzo: Maserati Qattroporte.
Radość i kłopoty
Słowo jakość nie idzie w parze w nazwami włoskich samochodów. Szczególnie tych drogich. Bywają kapryśne i rzadko są „na lata”. Mimo to są magnetyczne. Wiedzą o tym Włosi. Nie bez powodu mają przysłowie „Donnee motori gioie e dolori”, co w wolnym tłumaczeniu oddaje istotę ich motoryzacji: „Kobiety i samochody to radość i kłopoty”. Definicja niezwykle trafna.
Motoryzacja z Italii ma dać radość tu i teraz. Nie planuj, baw się. Użyteczność? To dobre dla aut kombi! My chcemy, żebyś się cieszył z jazdy. Żeby cię widzieli i słyszeli. Żebyś poczuł, co to jest styl. Czujesz? Nie? To spróbujmy tak: posiadanie drogiego włoskiego samochodu jest jak kolacja w ekskluzywnej restauracji z top modelką. Szykownie, urzekająco, ale i drogo. Bardzo drogo. A i małżeństwa z tego nie będzie. Takie są włoskie supersamochody. Takie było i Maserati. Porywające i piękne. Świetnie wykonane — ale tylko na pierwszy rzut oka. W codziennym użyciu szybko się okazywało, że części są kiepsko spasowane, a całość błyskawicznie traci wartość.
Dlaczego było? Bo Maserati mocno popracowało, by się zmienić. Nadal chce być modelką. Ale nie na jedną kolację. Na całe życie. Zaczęło od nowego Quattroporte, ogłoszenia wprowadzenia diesla, sprzedaży małego modelu Ghibli oraz… wejścia do Polski. Z niszy kilku tysięcy aut rocznie chce się wgramolić na szczebel kilkudziesięciu, a może nawet pięćdziesięciu tysięcy samochodów sprzedanych na całym świecie. I wiecie co? Włosi skorzystali z niemieckiego przysłowia „Man muss mit den Wölfen heulen”, czyli: „Kto chce przestawać z wilkami, musi wyć jak one”.
Mus to mus
Maserati modelem Quattroporte najwyraźniej chce walczyć o klientów Porsche Panamery i BMW 6 GranCoupe. Innymi modelami — mniejszym Ghibli i planowanym na 2015 r. SUV-em Levante — o klientelę mercedesów E, BMW serii 5 i niemieckich pseudoterenówek. Pytanie brzmi następująco: czy filigranowa modelka poradzi sobie z niemiecką techniką? Otóż, niewykluczone.
Po pierwsze — nie jest już filigranowa. Model jest konstrukcyjnie całkiem nowy — poczynając od płyty podłogowej, przez karoserię, wnętrze, silniki, zawieszenie, po hamulce i sprzęt audio. Jest większy od poprzednika. I ma większy rozstaw osi. Eleganckie wnętrze przypomina nieco Alfę Giuliettę. Może dlatego, że oba auta wyszły spod ręki tego samego człowieka — Lorenzo Ramaciottiego. Oczywiście w Quattroporte stylu jest więcej.
Ramaciotti miał swego czasu wpływ na wygląd wielu modeli Ferrari (m.in. 360 Modena czy Enzo). Zresztą nie tylko to nazwisko łączy obie marki. Nowe silniki Quattroporte zaprojektowano w Maserati Powertrain, a skonstruowano w fabryce Ferrari w Maranello. Pod piękną długą maską „czterodrzwiowca” może pracować podwójnie doładowana jednostka V8 o potężnym momencie obrotowym (710 Nm), pojemności 3,8 litra i mocy 530 KM, potrafiąca, za pośrednictwem ośmiobiegowego automatu i tylnych kół, rozpędzić auto od 0 do 100 km/h w 4,6 s i nie przestawać rozpędzać do, bagatela, 307 km/h.
Jest też mniejsza (trzylitrowa) jednostka V8 o mocy 410 KM. Quattroporte z tym motorem rozpędza się (za pośrednictwem tej samej skrzyni i tych samych kół) do 283 km/h, a sprint do 100 km/h zajmuje mu 4,9 s. Oba silniki są nowe. Ale jeszcze ważniejszą nowością jest możliwość kupienia Quattroporte z napędem na obie osie (tylko ze słabszą fał ósemką) lub z… dieslem. Kilkanaście lat temu taka informacja mogłaby wywołać uliczne zamieszki. Włoski klasyk z napędem na obie osie albo — o zgrozo! — z dieslem? Dziś, kiedy mamy Porsche z dieslem, kontrolę trakcji w F1 i emitery dźwięku w BMW M, to nie tyle normalne, co konieczne.
Szczególnie, jeśli ktoś — jak Maserati, nie przymierzając — chce się wygramolić z ciasnej niszy. Można sobie zatem sprawić Maserati Quattroporte z dieslem V6 o mocy 270 KM z tylnym napędem i wysokim (600 Nm) momentem obrotowym. Auto z tym silnikiem przyspiesza do setki w 6,4 s i rozpędza się do 250 km/h.
Zatrzymać ducha
Maserati stosuje się do najnowszych motoryzacyjnych tendencji. A te narzucają Niemcy. Nie znaczy to, że Quattroporte straciło włoski styl. Jest wyjątkowe. Ma np. fachowo ukryte rozmiary. Nie ma drugiego tak dużego auta, które wygląda tak lekko i zwinnie. Po drugie — dźwięk. Nie jest już tak soczysty jak w poprzednim wcieleniu, ale pozostaje najlepiej brzmiącą limuzyną na rynku. Spasowanie elementów we wnętrzu nie jest może jeszcze niemieckie, ale w porównaniu do poprzedników jest sporo lepiej.
Prowadzenie? Dzięki nowemu zawieszeniu i mniejszej masie auto dobrze reaguje na polecenia kierowcy. Komfortowa limuzyna o sportowych cechach prowadzi się może mniej precyzyjnie niż auta Porsche lub BMW. Ale przecież nie jest niemiecka. Prowadzi się stylowo! Co nie oznacza źle. I do tego — w każdym wydaniu — jest bardzo szybka. Precyzyjna jest skrzynia biegów (niemiecka ZF). Ośmiostopniowy automat zmienia przełożenia w mgnieniu oka (mgnienie oka = 150 milisekund), a w wersji z V8 redukcji towarzyszą przecudowne strzały z wydechu.
Włosi zapewniają, że w układ wydechowy włożyli sporo pracy. Właśnie po to, by nie zatracić tego, za co Maserati było cenione. Dźwięku. Podobno wersja z dieslem pracuje równie interesująco. Jednak to V8 powala na kolana. Jeśli to prawda, że inżynierowie spędzili setki godzin nad odpowiednim wyprofilowaniem każdego zakrętu układu wydechowego i dolotowego tylko dla dźwięku, to było warto. Nawet jeśli linia produkcyjna miałaby przypominać linię do wytwarzania puzonów.
Dźwięk jest niesamowity. I naturalny. Bez elektronicznych wspomagaczy. Sam za to jest wspomagaczem. Poważnie. Z badania przeprowadzonego przez firmę Hiscox (ubezpieczającą m.in. luksusowe auta) wynika, że kobiety najczęściej oglądają się za Maserati. Właśnie przez jego dźwięk. Uczestniczkom badania odtworzono nagranie dźwięku różnych silników samochodowych: z Maserati, Lamborghini i Ferrari, a dla porównania również z VW Polo. Po 20 minutach zmierzono poziom testosteronu w ślinie. I to Maserati miał największy wpływ na 100 proc. kobiet. Również u wszystkich stwierdzono spadek testosteronu w reakcji na dźwięk VW Polo. David Moxon, psycholog, który przeprowadził badania, powiedział, że testosteron jest wskaźnikiem pozytywnego pobudzenia w organizmie człowieka. Słowem: podnieca.
Pean
Maserati trudno walczyć z niemieckimi potentatami. Z jednej strony — zawdzięcza swą pozycję unikatowości. Z drugiej — musi z niej zrezygnować, by wyjść z niszy. Jak to się skończy? Trudno wyrokować. Niemniej Maserati rozpoczyna rynkową ofensywę również w Polsce, gdzie firma otworzyła salon. Technicznie jest przygotowana, organizacyjnie również. Pozostało jej przekonać nadwiślańskich bogaczy, że warto zrezygnować z odrobiny precyzji na rzecz finezji. Że czasem warto zabrać modelkę na luksusową kolację. I że nie trzeba być do tego pierwszoligowym kopaczem piłki. Wystarczy kupić Maserati. Jedna przegazówka, testosteron w ślinie i kolacja murowana. A co pozostaje szarym zjadaczom chleba z masłem? Jak to co? Nagranie na dyktafonie! &
