Mimo zadyszki na rynkach trwa trend wzrostowy. Polskiej giełdzie sprzyja zyskujący złoty, ale ciążą duże oferty PGE i PKO BP.
Przybywa rynkowych pesymistów, więc ryzyko dużej korekty wzrostów rośnie. Chyba że większość nie ma racji.
W piątek WIG20 zanurkował o 5 proc. Pozostałe europejskie parkiety też zaliczyły solidne spadki. Choć amerykańskie indeksy, które nadają ton pozostałym rynkom, zakończyły piątkową sesję prawie bez zniżek, to wczorajszy brak odbicia budzi strożność. Wyczekiwanie powoduje spadek obrotów, a to zwiększa wahania. Na razie z szansy pokazania siły korzysta podaż, choć technicznie wciąż jesteśmy w trendzie wzrostowym.
Ryzyko załamania
Rynkowi eksperci coraz głośniej mówią, że grożą nam duże spadki na giełdach. Grono pesymistów otwiera Nouriel Roubini, profesor Uniwersytetu Nowojorskiego.
— Czy jest światełko w tunelu? Tak, to światła pędzącego pociągu — mówił Roubini we wrześniu ubiegłego roku. Był jednym z niewielu akademików, którzy przewidzieli obecny kryzys.
Wzrosty giełdowych indeksów o ponad 50 proc. w siedem miesięcy to dla niego dodatkowy powód do spadków.
— Rynki wzrosły za dużo, zbyt wcześnie i zbyt szybko. Widzę ryzyko korekty, szczególnie że inwestorzy zdają sobie wreszcie sprawę z tego, iż odbicie w gospodarce nie ma kształtu V. To być może bardziej U. Odbicie jest na razie anemiczne, a luka między zachowaniem rynków finansowych a realną gospodarką wciąż rośnie — powiedział Nouriel Roubini w wywiadzie dla agencji Bloomberg.
Dużo większe od oczekiwań skurczenie rynku pracy w USA (we wrześniu sektor pozarolniczy stracił 263 tys. miejsc pracy) wraz ze spadkiem zamówień w przemyśle (odczyt za sierpień) podziałało w piątek jak zapalnik do narastającego rozdźwięku między optymistycznymi oczekiwaniami inwestorów a twardymi danymi. Wczorajszy brak negatywnych zaskoczeń ze strony danych makro i plusowe otwarcie w USA nie przywróciły rynkom optymizmu. Odreagowanie było mizerne — WIG20 i WIG wzrosły zaledwie o 0,3 proc. przy obrotach 882 mln zł. Do podobnego marazmu również na innych rynkach być może przyczynił się Michael Geoghegan, prezes HSBC, który przekonuje o nadejściu drugiej fali spowolnienia.
— Nie jestem przekonany tak jak inni, że najgorsze już za nami. Rzeczywistość jest taka, że zyski mocno spadną. Droga wychodzenia z kryzysu to będzie bardziej W, a nie V —oznajmił szef HSBC w wywiadzie dla "Financial Times".
Nic się nie stało
Warto zauważyć, że pesymizm Geoghegana kłóci się z opinią Stuarta Greena, głównego ekonomisty HSBC.
— Ryzyko drugiego dna zminimalizowało się przez ostatnie pół roku — mówił przed tygodniem Green.
Jego zdaniem, świat wkroczył w okres ożywienia, choć wskaźnikami będzie "bujało".
— Twarde dane nie przebijają już tak mocno prognoz jak wcześniej. To nie zadowala inwestorów. Dlatego sceptycy, w tym ja, przeważają teraz na rynku — uważa Mirosław Saj, makler BM DnB Nord.
To cieszy tych, którzy są przekonani o trwałości trendu wzrostowego i w ewentualnej korekcie upatrują okazji do zakupów.
— Nie wydarzyło się nic, co zanegowałoby trend wzrostowy. Zatrzymania zwyżki czy korekty w trakcie tego ruchu są czymś naturalnym. Jednocześnie im większe jest grono powątpiewające we wzrosty, tym bardziej niezachwiana jest trwałość tej tendencji —ocenia Wojciech Olszewski, dyrektor departamentu inwestycji PTE Polsat.
Szkodzą emisje
GPW pomaga zwyżka wartości złotego, którą można zawdzięczać ugodzie resortu skarbu z Eureko w sprawie PZU. Tymczasem GPW w dużym stopniu ciążą oferty akcji PGE i PKO BP.
— Inwestorzy wydadzą na nie 10 mld zł. Skąd wezmą gotówkę? Ze sprzedaży akcji. Przez kilka tygodni GPW będzie należał do najsłabszych, a WIG20 przy niedużych obrotach spadnie do 1900-2000 pkt — mówi Mirosław Saj.
Rozpoczynający się sezon wyników w USA może wywołać jeszcze większe spadki.
— Rozczarowanie wynikami i wyprzedaż akcji na Zachodzie mogą zepchnąć WIG20 do lipcowego dna (1790 pkt). Przełamanie tej ważnej granicy oznaczałoby dalsze nurkowanie — uważa specjalista DnB Nord.