Bajeczne miasteczko Zhongdian to jedno z piękniejszych miejsc w Chinach.
Żeby dotrzeć do Shangri-La,
jechaliśmy dwa dni
pociągiem, a potem
11 godzin autobusem.
Dla dwóch dni spędzonych
na tybetańskim płaskowyżu.
Z Kunming, stolicy prowincji Yunnan, jechaliśmy do Zhong-
dian autobusem sypialnym z metalowymi łóżkami piętrowymi. Noc szybko minęła. Przez ostatnie kilka godzin autobus wspinał się w kierunku Wyżyny Tybetańskiej. Najpierw droga wiodła przez strome, ale porośnięte lasami góry. Ponad nimi kłębiły się niesamowicie gęste, przypominające śnieżną kołdrę chmury. W oddali widniała należąca do Himalajów Śnieżna Góra Nefrytowego Smoka, 5 tys. m n.p.m.
Po jakimś czasie las zaczął rzednąć. Wyjechaliśmy na szeroki płaskowyż. Pojawiły się domostwa. Pomalowane w jaskrawe kolory drewniane domy z dużymi kolumnami przy wejściu. Wokół nich kręciły się dzieci pasące czarne świnki, a kobiety w tradycyjnych strojach prowadziły koniki w kolorowych uprzężach. Z kamienistych pól wyrastały co jakiś czas białe czorteny — tybetańskie stupy, świątynie, udekorowane powiewającymi na wietrze wielobarwnymi chorągiewkami.
Śnieg i ananasy
Shangri-La powitało nas przepięknym słońcem, błękitnym niebem i mrozem szczypiącym w nos. Centralną aleją ozdobioną latarniami w kształcie lecących łabędzi dotarliśmy do centrum Zhongdian. Nieliczne stare drewniane domy ustępują tu miejsca nowym budynkom przypominającym pałac Potala w Lhasa. Kilkupiętrowe, w kształcie zwężających się ku górze trapezów, z pomalowanymi na różne kolory oknami i szczytami elewacji. Na ulicach kręcił się wielobarwny tłum. W zamieszkałym w 45 proc. przez Tybetańczyków mieście spotyka się także Chińczyków (Han) i mniejszości Naxi, Yi, Lisu, Hui, Pumi, Bai.
Największe wrażenie zrobiły na nas sprzedawane z obwoźnych stoisk egzotyczne owoce. Obrane ze skórki, nadziane na drewniane patyczki ananasy, banany i mandarynki wyglądają na tle rysujących się w oddali ośnieżonych szczytów dość surrealistycznie. Za 3 juany (około 1 zł) zjadamy połówkę przepysznego ananasa, którego sok cieknie po nam po brodach. Przed licznymi sklepami rzeźników wiszą wielkie czerwone kości i tusze. Wieczorem w całym mieście ustawią się wzdłuż ulic przenośne grille, na których zaskwierczą kawałki mięsa. Na prowizorycznych paleniskach grzać się będą czarne od sadzy czajniki z wodą. Wrzątek to podstawowy napój w Chinach. Czasami wrzuca się do niego kilka listków zielonej herbaty, ale często pije się ciepłą wodę.
Młynek jak młyn
Następnego dnia rano przechodzimy przez Stare Miasto położonego na 3200 m n.p.m. Zhongdian. Tylko część drewnianych domów jest oryginalna. Zewsząd dobiega stukot ciesielskich młotów. Coraz częściej odwiedzana przez turystów stolica rozbudowuje swoje stare nowe miasto. Na parterach domów powstają sklepy z pamiątkami i knajpki. Między budynkami wiszą modlitewne chorągiewki. Z centrum kultury tybetańskiej dobiegają nas takty mazurka Szopena.
Idziemy do monastyru położonego w południowej części miasta. Po drodze spotykamy gigantyczny młynek modlitewny. Żeby go obrócić, trzeba wspólnego wysiłku kilku osób. Wdrapujemy się na wysokie wzgórze, na którym stoi niewielki klasztor i świątynia, gdzie spotykamy schodzących z góry miejscowych: mężczyźni w kapeluszach, kobiety w jaskrawych chustkach. Jedna z młodych dziewcząt, schodząc ze wzgórza, robi na drutach. Na szczycie przystrojone stupy, drewniane młynki modlitewne, ofiarne kominki, pęki trzciny z przywiązanymi kolorowymi chorągiewkami.
Wokół miejsc kultu przechadzają się krowy i jaki. Przychodzą kolejni ludzie. Najpierw palą gałązki w kominkach, potem do pęku trzcin wrzucają garść ziaren, coś przy tym wykrzykując. Na kominkach stawiają też mleko w ćwierćlitrowych butelkach po coca-coli czy fancie. Potem obracają młynki modlitewne, a na końcu wchodzą do świątyni.
Wnętrze jest niezwykle kolorowe. Pachnie mlekiem i zjełczałym masłem. Wszędzie wiszą kolorowe tkaniny i malowidła, stoją posążki bóstw. Wokół nich przyniesione przez wiernych owoce, butelki z mlekiem, świece, kadzidła. W środku siedzi mnich i odśpiewuje modlitwy. Kobiety wręczają mu banknoty, mówią, za kogo chcą się modlić, wspólnie klękają i skłaniają się do ziemi. Powtarzają tę czynność trzykrotnie. Potem chodzą dookoła świątyni, wtykając w różne miejsca banknoty, przesypując znajdujące się w misach ziarna, zapalając znicze z masła. Młodzi chłopcy, strzelają przed świątynią z kapiszonów. Taki element rytuału.
W drodze powrotnej znajdujemy małą knajpkę. Właścicielka skromnego lokalu przygotowuje przepyszny smażony makaron z warzywami i sałatkę z kapusty, przyprawioną czerwoną papryką. W nocy jest spory mróz. Na szczęście w nieogrzewanym schronisku, w którym nocujemy, są elektryczne koce.
Świnia przed świątynią
Rankiem wypożyczamy rowery i jedziemy za miasto do drugiego klasztoru, największego w regionie Ganden Sumtseling Gompa. W ponad 300-letnim monastyrze mieszka około 600 mnichów. Miejsce jest tak czarujące, że zostajemy w nim kilka godzin. Do głównego placu, przy którym stoją dwie największe świątynie, wiodą długie, strome schody. Wspinamy się po nich, zaglądając do świątyń pobocznych. W jednej z nich młody mnich tłumaczy, że wchodząc do świątyni, nie można stanąć na wysokim drewnianym progu, a wewnątrz poruszać się trzeba zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Na dziedzińcach podziwiamy duże drewniane młynki modlitewne.
Główna świątynia zamknięta. Ale można wejść na jej drugie piętro, gdzie w wielkiej pustej sali stoją wzdłuż ścian rzędy młynków. Z góry widzimy wnętrze. Na materacach siedzi grupka młodych mnichów. Dokazują, bawią się telefonami komórkowymi, przepychają i śmieją się do nas. Nie ma to nic wspólnego z pobożnym skupieniem, z którym kojarzą nam się buddyjskie klasztory. Na dachu świątyni przyglądamy się wieńczącym elewacje złotym rzeźbom. Przyczepione do nich dzwoneczki poruszane podmuchami wiatru wydają delikatne dźwięki.
W drugiej dużej świątyni przyglądamy się kilkumetrowemu posągowi Buddy. Ma półprzymknięte, jakby nieobecne oczy. Na środku placu zebrała się grupa młodziutkich mnichów. Usiedli na rozłożonym materacu i mocują się na ręce. Śmieją się, żartują, chichoczą. Kawałek dalej ogromna świnia zjada resztki kadzideł. Nikt na nią nie zwraca uwagi. Na nas też nie, kiedy krążymy po klasztorze, przyglądając się przylepionym do wzgórza skromnym domkom mnichów. Wracając do miasta, spotykamy miejscowych rolników. Orzą ziemię pługiem zaprzężonym w dwa potężne jaki. Nieopodal kilka kobiet siedzi na kamiennym murku. Robią coś na szydełkach. Towarzyszy im puchata owieczka w szydełkowym bereciku na łepku. Kobiety pilnują wejścia na punkt widokowy, z którego można podziwiać klasztor. Za kilka juanów przyglądamy się po raz ostatni malowniczemu widokowi. Jutro pożegnamy Shangri-La.
Agnieszka
Rodowicz
