Jednym z najefektywniejszych elementów integracji imigrantów jest podjęcie przez nich pracy. Polska przyjęła już około 3 mln obywateli Ukrainy — część znalazła już miejsce na rynku pracy, ale wielu wciąż go poszukuje. O wyzwaniach i szansach związanych z tą sytuacją dyskutowali paneliści debaty ,,Jak wojna w Ukrainie wpływa na rynki pracy” zorganizowanej w ramach Europejskiego Forum Nowych Idei.
Długa lista wyzwań
To, że polski rynek pracy jest uzależniony od migrantów, okazało się zaraz po wybuchu wojny, gdy około 400 tys. mężczyzn z Ukrainy powróciło do ojczyzny. Do dziś trudno ich zastąpić.
— Obecnie większość uchodźców to kobiety i dzieci, które nie zapełnią tych wakatów, bo nie są dostosowane do ich kwalifikacji — mówiła Katarzyna Gruszecka-Spychała, wiceprezydentka Gdyni.
Paneliści byli zgodni, że wykorzystanie potencjału pracowniczego imigrantów może mieć pozytywny wpływ na gospodarkę, ale pod warunkiem że państwo pomoże im przygotować się do wymagań rynku.
— Dużym wyzwaniem jest bariera językowa, dlatego konieczny jest dostęp do darmowych kursów językowych. Równie ważne jest także zapewnienie opieki nad dziećmi — podkreśliła Agnieszka Chłoń-Domińczak, prorektor Szkoły Głównej Handlowej.
Z badania przeprowadzonego przez Urząd Miasta Gdyni wynika, że większość imigrantek z Ukrainy ma wyższe wykształcenie, ale wiele z nich nie jest w stanie znaleźć pracy w zawodzie.
— Zatrudnienie w zawodach poniżej kwalifikacji to ogromna strata dla tych osób, ale też gospodarki. Mimo to wiele Ukrainek jest gotowych podjąć taką pracę — mówiła Katarzyna Gruszecka-Spychała.
Dużym problemem jest także praca na czarno.
— Z naszych szacunków wynika, że przed wojną około 75 proc. Ukraińców pracowało w Polsce nielegalnie. Obawiamy się, że mimo wielu osób zgłoszonych w systemie nadal duża grupa pracuje nielegalnie — podkreśliła Katarzyna Łażewska-Hrycko, główna inspektor pracy.

Korporacje i państwo zawiodły
Szukając sposobów aktywizowania imigrantów Polska może czerpać z doświadczeń innych państw. W Norwegii przebywa tylko 25-30 tys. imigrantów z Ukrainy, ale państwo mierzyło się z wyzwaniami związanymi z napływem ogromnej liczby uchodźców w latach 2015-16 podczas kryzysu migracyjnego w Europie.
— Przyjęliśmy wówczas wiele osób z Syrii i Afganistanu. Aby jak najszybciej zaczęły pracować, przygotowaliśmy szybką ścieżkę zatrudnienia, w której formalności zostały zminimalizowane. Ponadto rząd dopłacał do ich wynagrodzeń zatrudniającym ich pracodawcom — tłumaczył Henrik Munthe, adwokat z Norweskiej Konfederacji Przedsiębiorców NHO.
Zminimalizowanie formalności oraz większa elastyczność pracodawców są konieczne także zdaniem Anny Karaszewskej, prezeski Jobs First, organizacji specjalizującej się w przywracaniu do stałego zatrudnienia osób bezrobotnych. Obecnie Jobs First prowadzi pilotażowy program, którego celem jest znalezienie pracy dla osób z Ukrainy.
— Pracodawcy nie są przygotowani do przyjęcia i wykorzystania potencjału intelektualnego Ukraińców. Największym rozczarowaniem są duże korporacje, które publicznie mówią, że pomagają imigrantom, wprowadzają specjalne procedury czy zatrudniają asystentów kulturowych. Te struktury są jednak martwe — skwitowała Anna Karaszewska.
Jobs First podjęło się znalezienia zatrudnienia dla 130 Ukraińców. Po dwóch miesiącach pracę znalazło już kilkudziesięciu, ale żaden nie został zatrudniony w korporacji.
— Takie firmy nie wychodzą poza pewne schematy i nie są elastyczne, nie dając szansy na sprawdzenie potencjału tych osób. MŚP robią to znacznie częściej, bo decyzje o zatrudnieniu często podejmuje sam właściciel — tłumaczyła prezeska Jobs First.
Także państwo nie robi wystarczająco dużo, by aktywizować imigrantów.
— Proces uznawania kwalifikacji np. lekarzy trwa wiele miesięcy. Państwo nie zrobiło nic, by go skrócić i dopuścić ich do rynku — dodała Anna Karaszewska.
Prelegenci byli zgodni — Polska nie jest nawet w połowie drogi do znalezienia rozwiązań systemowych, które wspierałyby imigrantów w znalezieniu pracy.
