Ukraiński lekarz — tak, rolnik — niekoniecznie

Mirosław KonkelMirosław Konkel
opublikowano: 2020-09-14 22:00

Gastarbeiterzy zza Buga nie są w Polsce już tak mile widziani. Z wyjątkiem ludzi w białych kitlach i od czarnej roboty.

W większości wykonują najprostsze prace, których Polacy już nie chcą podejmować od czasu przystąpienia do UE. Wyjątkiem są informatycy, na których zawsze było duże zapotrzebowanie. A jednak od wybuchu pandemii zmienia się struktura zawodowa tej grupy — na korzyść tzw. białych kołnierzyków. W pierwszym półroczu Ukraińcom wydano o 17 tys. mniej pozwoleń na pracę w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, co oznacza spadek o 11 proc. Liczba zezwoleń dla informatyków zza wschodniej granicy zmalała o połowę, specjalistów o 28 proc., a rolników, robotników i rzemieślników o około 20 proc. Przybyło natomiast lekarzy (aż o 250 proc.), pielęgniarek (o 80 proc.) i pracowników biurowych (o 18 proc.) — wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Urząd Pracy, oferty pracy
fot. Marek Wiśniewski, Puls Biznesu

— Sytuacja informatyków jest bardziej złożona, bo choć otrzymali mniej zezwoleń, popyt na nich w ostatnich miesiącach wcale nie zmalał. Zamiast przyjeżdżać do Polski, realizują projekty zdalnie, zmniejszając tym samym ryzyko opóźnienia tych przedsięwzięć — zwraca uwagę Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service (PS) i ekspert ds. rynku pracy.

Jeśli popyt na Ukraińców zmalał, to chwilowo. Jeszcze w pierwszym kwartale polskich pracodawców cieszyła dostępność taniej siły roboczej. Wywołana przez COVID-19 panika ostudziła ich rekrutacyjny zapał, ale gdy tylko sytuacja się ustatkuje, znów zaczną zatrudniać na potęgę. Zdaniem szefa PS nastąpi to jednak dopiero w przyszłym roku. Ale nawet teraz jest wiele ofert dla niewykwalifikowanychlub najmniej wybrednych emigrantów.

— O ile podczas pandemicznego kryzysu radzimy sobie z okrojoną liczbą specjalistów z Ukrainy na rynku, o tyle osoby wykonujące proste prace wydają się nie do zastąpienia — podkreśla Krzysztof Inglot.

Popyt nie wyklucza dyskryminacji i dumpingu socjalnego. Jak szacują eksperci ze Związku Zawodowego Pracowników Ukraińskich w Polsce, 40 proc. ich rodaków pracuje u nas na czarno — i to oczywiście wbrew swojej woli. Plagą są też zaniżone stawki, rzekome zatrudnianie w niepełnym wymiarze godzin (część pensji wypłacana jest pod stołem) i tuszowanie wypadków przy pracy. Jeszcze niedawno ofiary wyzysku odgrażały się, że ruszą dalej na Zachód w poszukiwaniu wyższych płac, lepszych warunków zatrudnienia i godnego traktowania. W dobie pandemii takie wyjazdy obarczone są jednak większym ryzykiem — i wcale nie jest powiedziane, że np. niemiecki przedsiębiorca przyjmie gastarbeiterów zza Buga z otwartymi rękami. Tymczasem Ukraińcom rośnie konkurencja. Codziennie granicę z Polską przekracza średnio 2 tys. Białorusinów — podaje Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji.

— Najczęściej Polskę jako kierunek emigracji zarobkowejwybierają ludzie poniżej 40. roku życia. Pod koniec sierpnia największą grupę pracowników z Białorusi, aż 62 proc., stanowiły osoby w wieku 21-39 lat — informuje Izabela Lubińska, kierownik działu kadr i płac w Grupie Progres.

Według jej danych sierpień był kolejnym miesiącem, w którym zwiększyła się liczba obywateli Białorusi pracujących w naszym kraju (o 11 proc. w stosunku do lipca). Trudno się dziwić, skoro płaca minimalna w ich ojczyźnie wynosi około 500 zł, a przeciętne wynagrodzenie niecałe 1800 zł.