Otwieranie rynku pracy funkcjonowało dotąd jako ulubiony lęk bogatej Europy i świadomie podsycany eurosceptyczny straszak. Dziś rozmawia się o tym w Polsce i na Węgrzech, wszędzie tam, gdzie tania praca ze Wschodu obniża koszty i wypełnia lukę spowodowaną przez exodus w kierunku zachodnim.
Europejski rynek pracy, dotąd mało mobilny, ożywia się po rozszerzeniu Unii. Impulsem są nożyce płacowe, jakich nie było przy wstępowaniu Irlandii, Grecji, Portugalii i Hiszpanii. Milionowa armia polskich gastarbeiterów jest faktem. Pewnie dorównamy Włochom, którzy najchętniej szukają pracy poza granicami kraju (1,8 mln). Nasza emigracja przesłania skromniejsze strumienie ze Słowacji, Czech i Węgier, a czają się już Bułgarzy i Rumuni.
Europa staje się bardziej ruchliwa i nie chodzi tu o piłkarskie transfery. Sensacją jest gromadne pojawienie się Niemców na mapie wędrówek za pracą. Corocznie ponad 140 tys. architektów, inżynierów, lekarzy i kierowców opuszcza Niemcy, wybierając Skandynawię (z wyjątkiem tych, którzy szukają niższych podatków). W 2005 r. eksport pracy przewyższył import, co jest statystycznym i politycznym wydarzeniem.
Cóż, globalizacja i wcale nie zmartwienie. Ukraiński spawacz jest szansą dla polskiej stoczni, podobnie jak polski hydraulik dla francuskich gospodarstw domowych.