Unia Europejska przed próbą jednomyślności

Jacek Zalewski
opublikowano: 2008-09-01 00:00

Dzisiaj przed południem prezydent Lech Kaczyński i premier Donald Tusk lecą na nadzwyczajny szczyt Rady Europejskiej do Brukseli jednym samolotem. To nadzwyczajność do kwadratu, ponieważ wspólny lot głowy państwa i szefa rządu naprawdę bywa absolutnym wyjątkiem. Za mojej pamięci zdarza się po raz trzeci, a te dwa poprzednie były powrotami (w tamtą stronę dojeżdżali odrębnie) Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera z historycznych wydarzeń unijnych — 16 kwietnia 2003 r. z Aten po podpisaniu traktatu akcesyjnego oraz 1 maja 2004 r. z Dublina po wciągnięciu na maszt polskiej flagi, którą najpierw sobie wydzierali.

Kaczyński i Tusk dosłownie codziennie wydzierają sobie — i będą to robili aż do wyborów prezydenckich na jesieni 2010 r. — rząd dusz rodaków. Ale dzisiaj okoliczności wymuszają na nich wzorcową kohabitację w saloniku Tupolewa 154M. Przypną się tam pasami na kanapce i jeszcze raz omówią jednolitą taktykę na Brukselę. Czasowo będą się musieli pogodzić również dworzacy z obu kancelarii, którzy na co dzień tak uwielbiają rycie pod drugą stroną — linią demarkacyjną może będzie korytarz wzdłuż samolotu. Media na szczęście takich rozterek nie mają, w każdym razie ja od razu łapię stałą miejscówkę w ogonie.

Lot z prezydentem na pokładzie ma stały numer wywoławczy PLF 101, z premierem zaś PLF 102, zatem dzisiaj logika podpowiadałaby 101,5. Czy taka prezydencko-premierowska hybryda poskutkuje polityczną synergią i wzmocni pozycję Polski podczas Rady Europejskiej? Symbolicznie oczywiście tak, jednak realnie okoliczność, iż jesteśmy reprezentowani dwugłowo, nie będzie miała dla konkluzji szczytu jakiegokolwiek znaczenia. Notabene głośne polskie podziały wywoływały nie tylko zdenerwowanie partnerów z UE, ale przede wszystkim głośny śmiech w Moskwie. Tam premier Władimir Putin i prezydent Dmitrij Miedwiediew (kolejność właściwa) stanowią jedność, w naszych relacjach porównywalną tylko z krótkim okresem, gdy rządzili premier Jarosław i prezydent Lech Kaczyńscy (kolejność również właściwa).

Przed dzisiejszym szczytem do ostatnich godzin trwało dyplomatyczno-medialne puszenie piór. Putin, który w czasie inwazji na Gruzję taktycznie skrył się za Miedwiediewem, zabrał wreszcie głos i pogroził Unii Europejskiej palcem, żeby nawet nie pomyślała o sankcjach. Ze swej strony porozpuszczał medialnie wieści o możliwym zakręceniu przez Rosję niektórych — czyli naszych — kurków naftowych i gazowych. Niezależnie od gospodarczej niedorzeczności takich pomysłów, szczyt w Brukseli nie zrobi Rosji żadnego dotkliwego kuku przede wszystkim dlatego, że obowiązuje na nim zasada jednomyślności. A przecież sprytny Putin już dawno obsadził na unijnym brzegu silne przyczółki, którymi są m.in. osobiście zaprzyjaźnieni z nim premierzy Silvio Berlusconi z Włoch i Ferenc Gyurcsány z Węgier.

Możliwość zawetowania na zlecenie Moskwy jakiegokolwiek ostrzejszego dokumentu Rady Europejskiej powinna dać wiele do myślenia braciom Kaczyńskim (traktowanie ich razem było, jest i zawsze będzie zasadne). Przy uzgadnianiu traktatu z Lizbony robili oni wszystko, aby Polska w niewielkiej koalicji — a najlepiej w ogóle samodzielnie — mogła w przyszłości zablokować każdą unijną inicjatywę, która się nam nie będzie podobała. Według władz republik bałtyckich oraz prezydenta Lecha Kaczyńskiego (a także prezydenta Wiktora Juszczenki), Unia Europejska powinna w kwestii gruzińskiej zareagować jak najostrzej. Tymczasem pojedyncza ręka podniesiona przeciwko takiej reakcji — wszystko jedno, włoska, węgierska, bułgarska czy jakakolwiek inna — przypomni, iż kij jednomyślności ma dwa końce. Dlatego tym razem Unia nawet nim Rosji nie tknie, a co najwyżej pomacha z moralnym oburzeniem, które w Moskwie i tak nie zrobi żadnego wrażenia.