Szczyt Rady Europejskiej (RE) w nocy ze środy na czwartek, poświęcony obsadzie stanowisk unijnych na kadencję 2014–19, miał formułę posiedzenia nadzwyczajnego, ale jego plajta wyszła całkowicie zwyczajnie. Ba, w praktyce Unii Europejskiej osiągnięcie zgody za pierwszym podejściem byłoby wręcz… anomalią. Filozofią szczytów RE, w których uczestniczy przecież 28 pełnych ambicji szefów państw/rządów, stało się odchodzenie na drugi krąg, a nawet na trzeci.
Przypomnijmy sobie chociażby uchwalanie perspektywy finansowej na siedmiolatkę 2014–20. Za którymś podejściem decyzyjne lądowanie się w końcu udaje. Trudno powiedzieć, czy stołki zostaną zgodnie podzielone na kolejnym nadzwyczajnym szczycie RE w sobotę 30 sierpnia, na który prezydenci i premierzy zjadą prosto z wakacji — ale szansa jest.
Wcześniej jednak, do końca lipca, rządy mają zgłosić kandydatów na komisarzy. Jean-Claude Juncker, nowy przewodniczący Komisji Europejskiej (KE), ma problem z powodu… braku kobiet, których powinno być w tworzonej KE przynajmniej dziewięć, może dziesięć. Na skomplikowanej układance polityczno-parytetowej zejdzie mu cały sierpień. W tym kontekście wypada zastanowić się, kto realnie może zostać komisarzem polskim i czym w Brukseli zawiadywać.
Sytuacja na pewno jest bardziej skomplikowana niż w dwóch poprzednich kadencjach. Premier Leszek Miller delegował na lata 2004–09 ze swojego rządu naturalną kandydatkę Danutę Hübner, która w KE objęła bardzo przydatną dla Polski tekę polityki regionalnej. Podobnie dla premiera Donalda Tuska oczywistością było zgłoszenie na kadencję 2009–14 Janusza Lewandowskiego i wywalczenie dla niego strategicznego resortu — budżetu z programowaniem finansowym.
Teraz premier walczy o posadę dla Radosława Sikorskiego, który miałby zostać komisarzem ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. To stanowisko automatycznie wiąże się z wiceprzewodnictwem KE. Abstrahując od świeżego jeszcze skandalu podsłuchowego, pechowa dla Sikorskiego jest okoliczność, że podobnie jak Juncker, reprezentuje chadecję, no i nie jest kobietą. Drugą w hierarchii pożądaną teką polską byłaby energia, ale to mrzonka, ponieważ kanclerz Angela Merkel życzy sobie, by zatrzymał ją Günther Oettinger — i koniec gadania. Co jeszcze realnie nam zostaje? Może konkurencja, może rynek wewnętrzny, może transport...
Oprócz resortu bardzo ważne jest oczywiście rozdanie personalne. Będący jednoosobowym decydentem Donald Tusk widzi kogoś z weteranów ze swojego najbliższego otoczenia, takich jak: Jan Krzysztof Bielecki, Jacek Rostowski, Jacek Saryusz-Wolski, zawsze może też wrócić z PE ktoś z byłych komisarzy, Danuta Hübner czy Janusz Lewandowski. Niestety, brakuje premierowi odwagi na sięgnięcie do młodszego pokolenia polskich fachowców unijnych, takich jak Mikołaj Dowgielewicz, Piotr Serafin czy Jacek Dominik. Ten ostatni właśnie został przejściowym, choć formalnie pełnoprawnym, komisarzem UE ds. budżetu i programowania finansowego na dokończenie kadencji po Januszu Lewandowskim. Jeśli ktoś może być członkiem unijnego rządu przez 3,5 miesiąca, no to czemu nie przez 5 lat...