Unijna układanka kadrowych puzzli

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2024-06-17 20:00

Bezpośrednio po wyborach do Parlamentu Europejskiego (PE) unijna wierchuszka przystąpiła do czynności, które uwielbia najbardziej – podziału politycznych konfitur.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

W superweekend 6-9 czerwca obywatele zrobili swoje, obecnie trwa przetwarzanie milionów postawionych krzyżyków na stanowiska w Brukseli i Strasburgu. Trzeba pamiętać, że wybory do PE nie są tak bezpośrednio powiązane z powoływaniem wspólnotowego rządu, jak w klasycznym ustroju parlamentarno-gabinetowym. Komisja Europejska (KE) zawsze jest pluralistyczna partyjnie, zaś w PE z definicji nie istnieją traktatowe kategorie większości rządowej i opozycji. W praktyce jednak ukształtowała się w PE grupa trzymająca władzę, składająca się z trzech międzynarodówek: chadecko-ludowej, socjaldemokratycznej oraz liberalnej. Tegoroczne głosowanie niewiele zmieniło, mimo sukcesu partii prawicowych we Francji i w RFN. Komentarz w wydaniu z 12 czerwca zatytułowałem „Obsada unijnego podium nie uległa żadnej zmianie”. W ostatnich dniach trwały jeszcze drobne korekty w przydziale europosłów do grup, aktualny stan posiadania liderów 720-osobowego PE wygląda następująco: chadecka Europejska Partia Ludowa ma 190 foteli, centrolewicowa grupa Socjalistów i Demokratów zdobyła 136, zaś liberalna Odnowa Europy – 80. Razem daje to 406 miejsc, czyli znacznie ponad większość bezwzględną PE, wynoszącą 361 głosów. A zatem dla przegłosowania każdego ważnego stanowiska tradycyjne konsorcjum nie musi prosić o poparcie nikogo – ani Zielonych i skrajnej Lewicy, ani też z prawej strony Europejskich Konserwatystów i Reformatorów oraz uniosceptycznej grupki Tożsamość i Demokracja. 45 europosłów reprezentuje partyjki dotychczas niezrzeszające się, zaś przynależność 44 pozostaje jeszcze nierozpoznana.

Arytmetyka stanowi podstawę przydziału najważniejszych stanowisk, ale nie kryterium jedyne. Rada Europejska (RE) na posiedzeniu 27-28 czerwca zajmie się wyłonieniem kandydata na przewodniczącego KE oraz wyborem przewodniczącego samej RE. Jest to istotna różnica prawna, ponieważ szef unijnego rządu jest przez prezydentów/premierów jedynie proponowany i podlega zatwierdzeniu w tajnym głosowaniu przez 720-osobowy PE, natomiast powierzenie kierowania szczytami RE to wewnętrzna decyzja 27 szefów państw i rządów.

W celu uniknięcia pata na szczycie formalnym, RE zebrała się już 17 czerwca na kolacji nieformalnej. Notabene w unijnej tradycji posiedzenia robocze okazują się często ważniejsze od oficjalnych. Chadecy już dawno zgłosili Ursulę von der Leyen na drugą kadencję 2024-29 na przewodniczącą KE, zdobywając zaś złoty medal w wyborach do PE uzyskali mandat do potwierdzenia tej kandydatury. Jej zgłoszenie to oczywistość, ale zatwierdzenie w lipcu przez PE wcale nie jest stuprocentowo pewne. Próg wysoki, bezwzględna większość PE bez względu na liczbę głosujących, głosowanie tajne, zatem mimo spółki trzech międzynarodówek może to wyjść różnie… W 2019 r. przy progu 374 głosów Ursula von der Leyen przeszła stosunkiem 383:327, przy 22 wstrzymujących się, czyli z nadróbką zaledwie… 9 głosów. Trzeba jednak uwzględnić, że była polityczną króliczką wyjętą z kapelusza, zaś obecnie ma za sobą pięcioletnią kadencję. Na przewodniczącego RE typowany jest Antonio Costa, były portugalski premier socjaldemokratyczny, chociaż obciąża go upadek rządu na skutek skandalu korupcyjnego. Ważniejszy jest jednak parytet partyjny, akurat socjaliści nie mają pod ręką nikogo lepszego. Na czele PE pozostanie na 2,5 roku obecna przewodnicząca Roberta Metsola z Malty, chadeczka, w drugiej połowie kadencji stanowisko przejmie delegat socjaldemokratów. Wreszcie ważny urząd przydzielony zostanie liberałom – na szefową dyplomacji UE typowana jest estońska premierka Kaja Kallas, zdecydowanie antyrosyjska – i to z naszego punktu widzenia jest absolutnie najjaśniejszy punkt układanki kadrowych puzzli.