Unijna zaliczka to dopiero światełko

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2023-12-17 20:00

Kończący unijny rok szczyt Rady Europejskiej (RE) 14-15 grudnia z naszego punktu widzenia zaznaczył się przede wszystkim zmianą premiera, zasiadającego przy owalnym stole przy tabliczce Polska.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Donald Tusk objął ten fotel po 9-letniej przerwie ponownie z prawem głosu. W okresie jego przewodniczenia RE 2014-19 był wyłącznie organizatorem szczytów i niegłosującym spikerem, dbającym neutralnie o interesy wszystkich 28/27 (różnica uwzględnia brexit) państw, a nie kraju jego pochodzenia. We wspomnianym okresie polskie interesy reprezentowali wyłącznie Ewa Kopacz, Beata Szydło i Mateusz Morawiecki. Notabene komentarzowi z 27 października 2023 r. nadałem tytuł „Ostatni szczyt premiera z PiS” i złożyłem Mateuszowi Morawieckiemu życzliwą propozycję, by pobyt w Brukseli wykorzystał na koleżeńskie pożegnania, zwłaszcza z Viktorem Orbánem i Giorgią Meloni. Z tej dobrej rady odchodzący premier jednak nie skorzystał, trwał w swojej mrzonce o utrzymaniu władzy.

Polskie wątki na szczycie potwierdziły jednak istnienie ciągłości państwowej władzy. Przy okazji obrad RE premier uzyskał od Komisji Europejskiej (KE) pewność otrzymania przez Polskę zaliczkowej kwoty ponad 5 mld EUR, finansującej Krajowy Plan Odbudowy i Zwiększania Odporności. Ursula von der Leyen potwierdziła Donaldowi Tuskowi przelew – niepowiązany ze spełnieniem tzw. kamieni milowych – o który wnioskował jeszcze Mateusz Morawiecki. Jak zwykle na styku władztwa dwóch ekip trwa propagandowe przeciąganie – nowi twierdzą, że osiągnięcie jest już nasze, a starzy, że jeszcze nasze. Notabene akurat Donald Tusk ma fart spijania śmietanki z decyzji, w których podejmowaniu jego wkład był zerowy. Po objęciu premierostwa w grudniu 2007 r. najpierw podpisał w Lizbonie traktat reformujący UE (prezydent Lech Kaczyński osobiście mu kibicował), a potem załapał się na symboliczne piłowanie szlabanów granicznych w związku z wejściem Polski do strefy Schengen.

W kilku ważnych kwestiach głos Polski na szczycie RE był stabilny, niezależny od personalnej zmiany w fotelu. Przede wszystkich przy podejmowaniu zapisanych w konkluzjach decyzji rozszerzeniowych. Rozpoczęte zostaną negocjacje akcesyjne KE z Ukrainą i Mołdawią, status kandydacki warunkowo otrzymała Gruzja, konkretny horyzont – chociaż odległy – zarysowany został przed Bośnią i Hercegowiną oraz Macedonią Północną. Prezydent Wołodymyr Zełenski triumfuje, chociaż musi pamiętać, że od otwarcia rozdziałów negocjacyjnych do dnia akcesji może upłynąć… całe pokolenie. Rekord dzierży Turcja, która kandyduje od 1999 r., formalnie negocjuje od 2005 r., ale procedura została zamrożona i nie ma szans na odwilż, przynajmniej dopóki będzie autorytarnie rządził Recep Tayyip Erdoğan.

Tylko odległa perspektywa faktycznej akcesji Ukrainy była powodem specyficznego zaakceptowania negocjacji przez Viktora Orbána. Premier Węgier konsekwentnie się na akcesję sąsiadki nie zgadza, ale znalazł się w RE osamotniony w relacji 1:26, zatem skorzystał z rady kanclerza Olafa Scholza i… wyszedł ze szczytu na czas głosowania tego punktu. Negocjacje przeszły zatem jednomyślnie 26:0, przy jednym członku RE z własnej woli nieobecnym. To kolejny zdumiewający chwyt proceduralny, który unijni prawnicy w pełni akceptują. W 2017 r. po klęsce Beaty Szydło w stosunku 1:27 i jej obrażeniu się na końcowy dokument, przyjęte zostały nie wymagające jednomyślności konkluzje RE, lecz zawierające tę samą treść konkluzje… przewodniczącego RE. Precedensy stają się bardzo ważne w rozkręcającej się dyskusji nad zmianami traktatowymi. Niestety, jednomyślnego przyznania 50 mld EUR dla umęczonej wojną Ukrainy premier Viktor Orbán nie odpuścił. RE kolejną próbę przekonania zabetonowanego, prorosyjskiego wszechwładcy Węgier podejmie na wymuszonym dodatkowym szczycie w styczniu 2024 r.