Upór ukrzesłowiony

Jacek Konikowski
25-05-2007, 00:00

Niedoszły geodeta i kucharz z papierami rozsiedli się wygodnie. O krzesłach wiedzą wszystko. I wcale nie kryją: to nudny interes.

wa niepokorne charaktery. Braterski duet. Ten starszy i spokojniejszy, czyli Adam Krzanowski (40 lat), dopiero niedawno zgodził się zasiąść we własnym gabinecie. Młodszy, Jerzy Krzanowski (36 lat), geniusz cyfr i mistrz szkolnych wybryków, do pracy najchętniej przychodzi w dżinsach i T-shircie.

Ot, dwóch wyluzowanych facetów, rzekłbyś, z sąsiedztwa, którzy swe królestwo stworzyli nieco przez przypadek, przedkładając intuicję i zdrowe myślenie nad studia MBA. Równo 15 lat temu, 28 maja, założyli firmę. W nowym stylu. I tak ją nazwali. Dzisiaj wiedzą, na czym siedzą. Są królami krzeseł.

Szczęśliwego Nowego Jorku

Gdy w Polsce rodził się kapitalizm, jeden uwijał się przy garnkach w izraelskiej restauracji, drugi szukał dolarów w Ameryce.

— Moja pierwsza Ameryka to był Kraków. Przyjechałem tu na studia z mojego małego świata, jakim była wioska pod Krosnem (w Krośnie właśnie skończyłem technikum samochodowe). Zdany sam na siebie, w obcym mieście. Szkoła życia. Ale pokochałem tę „Amerykę” — do tego stopnia, iż dzisiaj nie dosyć, że mieszkam pod Krakowem, to nie wyobrażam sobie życia gdzieś indziej — wspomina Adam Krzanowski, starszy z braci.

Studia. Geodezja na AGH w Krakowie.

— Po trzecim roku wziąłem dziekankę i postanowiłem pojechać do Stanów. Pomysł był prosty: wyjechać, zarobić, ile się da i wrócić z tarczą. Potem może zainwestować w jakiś biznes — mówi o ówczesnych planach Adam Krzanowski.

Jak się ma 23 lata i nic do stracenia, to każdy plan jest prosty. Ameryka, ta prawdziwa, zweryfikowała niejedno marzenie.

— Przez pół roku bujałem się po Nowym Jorku, to tu się zahaczyłem na moment, to tam. Wciąż prześladował mnie pech, bo albo ktoś mnie oszukał, albo pracowałem zbyt krótko. Żyłem jak w tej komedii Janusza Zaorskiego „Szczęśliwego Nowego Jorku” — tyle że dla mnie nie była to komedia. Marzenie o fortunie z każdym kolejnym dniem ulatywało jak powietrze z sylwestrowego balonika. Bo zarabiałem tylko tyle, żeby przeżyć — nie ukrywa.

Koszerne fascynacje

Gdy on szukał szczęścia na Greenpoincie, jego brat od roku dorabiał się w Izraelu, gotując koszerne obiady. Jerzy, po skończeniu technikum gastronomicznego w Iwoniczu-Zdroju, zdał na Politechnikę Świętokrzyską i… wyjechał na saksy.

— Zawsze byłem świetny z matmy, w końcu było się tym olimpijczykiem... Ale w gastronomiku życie było prostsze — tłumaczy Jerzy Krzanowski.

Do dzisiaj z rozrzewnieniem wspomina pierwsze chwile w Tel Awiwie. Wszystko inne, wszystko nowe. Ten upał. I koszulę lepiącą się do ciała. Tuż po przyjeździe spał na balkonie znajomych. Pierwszych kilka tygodni tułał się po izraelskiej stolicy, szukając roboty. Trafił do restauracji z kateringiem.

— Perfekcyjna organizacja pracy, koordynacja dostaw, kontrola jakości... Długo przecierałem oczy ze zdumienia, że tak można to prowadzić! — opowiada.

Po dwóch latach wrócił i założył małą kawiarnię pod Krosnem.

Tymczasem starszy brat, zrezygnowany, też zaczął myśleć o powrocie. Ale…

— Wiza już mi się kończyła, musiałem zdecydować: wracać i kończyć studia czy zostać i nadal szukać pracy. Pewnego dnia, wertując ogłoszenia w gazecie, natknąłem się na takie: firma tapicerska Wythe zatrudni tapicera. Pomyślałem, czemu nie? Po krótkiej rozmowie z właścicielem Henrym Sternem zostałem tapicerem. A że wiedziałem o tym fachu tyle co ze słyszenia, to początkowo byłem na etacie „przynieś, podaj, pozamiataj” — za 5 dolarów — wspomina Adam.

Tata Henry z synem Rolandem i 20 pracownikami produkowali metalowe krzesła dla restauracji. Z Włoch sprowadzali metalowe szkielety, które obijali materiałem. Nic wielkiego. Do Adama Krzanowskiego los się zaczął uśmiechać. Pomogły zbiegi okoliczności. Zaczął awansować:

— Najpierw pewnego dnia chłopaka z montażu zabrała policja. Wskoczyłem na jego miejsce. Potem szef montażu z Trynidadu i Tobago znalazł sobie pracę w szpitalu, więc znowu wskoczyłem oczko wyżej. W końcu menedżer nadzorujący całą produkcję oświadczył, że odchodzi na emeryturę. Wtedy zająłem jego miejsce, rozdzielałem pracę, dbałem o magazyny. Po półtora roku pracy! — mówi o swojej zawodowej drabinie Adam Krzanowski.

W polskiej dzielnicy Nowego Jorku poznał obecną żonę Agnieszkę. Z Krakowa. Postanowili wrócić do kraju. Bo nie myśleli zostać na stałe. Wrócić łatwo, ale co dalej? Adam miał plan. Wcześniej wysłał bratu kilka katalogów Wythe. Ten zbadał rynek. I odpisał: bracie, na tym da się zarobić. Wystarczyło.

— Szef nie chciał mnie puścić. Przekonywał — na różne sposoby — do pozostania. Ja przekonałem jego — do wspólnego interesu: to samo będę robił w Polsce, z jego komponentów. Miałem na kupce 12 tysięcy dolarów. Henry się zgodził. Zaproponował spółkę. My mieliśmy 60 proc. udziałów — sumuje tamten etap Adam.

I tak powstała firma Nowy Styl. Podziałała „chemia”. Sentyment. Bo Henry Stern, Żyd z Ukrainy, pochodził — mniej więcej — z tych samych ziem, co Adam. Z zakarpackiego lasu. Swoje przeszedł. Getto, Oświęcim...

W maju 1992 roku Adam Krzanowski wrócił do Krosna. Zarejestrowali z bratem spółkę. Wtedy nie sądzili, że ich świat zrobi ostry wiraż.

Bez gabinetów

Adam Krzanowski wylądował na Okęciu w sobotę. W poniedziałek oglądali już z bratem halę, w której mieli zacząć produkcję metalowych krzeseł.

— Hala? Dużo powiedziane... Jerzy wynajął stary magazyn gminnej spółdzielni, w którym kiedyś trzymano nawozy sztuczne. Widok? Makabryczny: 600 mkw. bez posadzki, prądu, niczego… Gdy my chwyciliśmy za pędzle, wujek z kolegą podciągał elektrykę; sami kopaliśmy też rowy pod kabel. Siermięga totalna! Zapał — też. Mieliśmy frajdę, że zaczynamy coś swojego. Myśl, że będzie to coś choćby w połowie tak wielkiego jak dzisiaj, nawet nam przez głowę nie przemknęła. Przecież my w technikum samochodowym marzyliśmy co najwyżej o własnym warsztacie samochodowym, w którym pracowałby może jeden, no, dwóch mechaników. To była ta skala myślenia! — wspomina Adam.

— W marzeniach widzieliśmy siebie, jak po kilkunastu latach dorównujemy Sternowi. Takie młodzieńcze aspiracje — dodaje Jerzy.

Strategia była nieskomplikowana: w kraju brakowało prostych metalowych krzeseł do biur i restauracji. Z Włoch sprowadzali więc metalowe stelaże, które w Krośnie obijali tapicerką. Zagranicznym partnerom płacili po 30 dniach (to zasługa Sterna — i połowa sukcesu). Nikomu nie była w głowie ich produkcja. Krzanowscy byli pierwsi. W Polsce.

Dwa miesiące przygotowań i w końcu, 6 lipca 1992 roku, z wytwórni krzeseł Nowy Styl wyjechało — w bagażniku starego poloneza Adama Krzanowskiego — pierwsze krzesło. A do kasy trafiły pierwsze pieniądze.

— Po pół roku przenieśliśmy się do większych hal. Potem — jeszcze większych. Co kilka miesięcy przeprowadzka. Jesteśmy mistrzami przenosin! —mówi Adam.

Interes rozwijał się burzliwie. Pustka na rynku była wielka jak Atlantyk. Po roku zarobili pierwszy milion. Dolarów. Nawet Stern przecierał oczy ze zdumienia. Podwójnie, bo Krzanowscy już nie sprowadzali włoskich elementów. Sami zaczęli je produkować.

— Postanowiliśmy każdą zarobioną złotówkę inwestować w firmę. Żadnej konsumpcji, luksusów — dopowiada Jerzy.

— Nie mieliśmy żadnych zahamowań. Świadomość swoich pięciu minut, że wiecznie taka hossa trwać nie będzie, powodowała, że w ogóle nie myśleliśmy o przyhamowaniu rozwoju. Po prostu: „szliśmy na ful”. Pierwsze 3-4 lata sprzedaż rosła nam każdego roku trzy-, czterokrotnie. Codziennie zatrudnialiśmy nowych ludzi. Gdy jakaś maszyna wręcz się rozpadała — ze zużycia, natychmiast kupowaliśmy nową. Dostawcy nie nadążali! — mówi Adam Krzanowski.

Konkurencja Importerzy. Szybki pieniądz, kolosalne marże, ale obawa przed produkcją. Krzanowscy poszli pod prąd. Produkowali. Rok po założeniu firmy byli jedynym w Europie Wschodniej producentami metalowych krzeseł.

Podzielili się rolami: Jerzy doglądał produkcji, Adam sprzedawał. Obaj mieli huk roboty. Gdy Jerzy całymi dniami nie wychodził z fabryki, uruchamiając kolejne maszyny i linie produkcyjne, Adam zawzięcie budował sieć sprzedaży.

— Nie mieliśmy nawet gabinetów, bo niby kiedy mielibyśmy w nich siedzieć? Robiliśmy też za fizycznych — mówi Adam.

Ale na jedno zawsze ma czas. Za każdym razem kiedy Henry Stern przyjeżdża do Polski, idą razem do krawca, by zamówić dla starszego pana kilka garniturów na miarę.

Im trudniej, tym intratniej

Kula raz wprawiona w ruch toczyła się coraz szybciej. Nowy Styl zaczął budować fabryki w Krośnie i okolicach, kupować upadające zakłady, tartaki. Wszystko, co mogli, produkowali sami. Trzy lata od założenia firmy Krzanowscy poczęli myśleć o zagranicznych rynkach. Chrzest bojowy: targi w Moskwie. Odważnie, bo na Wschodzie nie takie wygi potraciły fortuny.

— To prawda, ale im bardziej niebezpieczny rynek, tym lepsze interesy — tłumaczy Jerzy.

Ryzyko znowu się opłaciło, bo 30 proc. produkcji wędrowało do Rosji. A Stern pomagał podbić rynek amerykański.

Potem targi w Kolonii.

— Niemcy przychodzili na nasze stoisko i pytali, czy rzeczywiście my sami te krzesła robimy? Nie mogli uwierzyć, że są made in Poland — wspomina Adam.

Szli na całego. Odważnie. Dzisiaj grupę Nowy Styl tworzy dziewięć fabryk w Polsce i 10 spółek produkcyjno-dystrybucyjnych na świecie.

Nadszedł rok 1998. Kryzys rosyjski. Kasa opustoszała. Nagle.

— Zimny prysznic! W sierpniu nie zarobiliśmy na Wschodzie ani centa. Uratował nas Zachód, gdzie szła większość produkcji. Ale nauczkę dostaliśmy — opowiada Adam.

Cóż więc robią bracia Krzanowscy w obliczu kryzysu? Trzymają się zasady „iść pod prąd” i gdy inni zwijali interesy, oni — na przekór — zainwestowali. Kupili połowę udziałów w fabryce mebli w Charkowie.

— Bo im trudniej, tym intratniej — tłumaczy Jerzy Krzanowski.

To był strzał w dziesiątkę, bo — dzięki unii celnej Ukrainy z Rosją — Nowy Styl bez problemów wrócił na rosyjski rynek. Dzisiaj zakład produkuje już ponad 3 miliony krzeseł rocznie i „robi” 100 mln dolarów obrotu. Farciarze? E... tam. Nic z przypadku.

Wino słoweńskie

Rozsiedliśmy się wygodnie i gawędzimy o winach. Adam Krzanowski może tak godzinami. Gdy zapytać go o najlepszy gatunek, obruszy się: nie ma. Bo wszędzie można znaleźć wyśmienite. Ostatnio natrafił na jakieś w Słowenii. Zachwyca się austriackimi. Znowu nietypowo. Może się nie zna albo udaje fachowca? Ale w piwnicy swego domu ma kolekcję wykwintną. I nietypowe szczepy: Bianca, Libera, Rondo…

— To z mojej „przydomowej” winnicy. Ale w tym roku dojdzie jeszcze kilka tysięcy litrów z drugiej, na Węgrzech. Kupiłem ze znajomym 3 hektary — mówi Adam.

Przydomowej?

— Od niedawna mam winnicę pod Krakowem. Różne szczepy, głównie węgierskie, ukraińskie. Nie są to może cabernet sauvignon czy merlot. Nie ten klimat, ale też świetne — tłumaczy Adam.

Za jego plecami stoi model krzesła Franka Gehry’ego. Dowód, że krzesło nie musi mieć nóg. No właśnie, co jest kwintesencją krzesła?

— Na poważnie? Ergonomia. Ale generalnie: siedzenie nie jest zdrowe. Człowiek powinien stać — objaśnia Adam.

Urodzony optymista, trochę marzyciel. Jerzy — odwrotnie: racjonalista, hamulcowy, który chwyta brata za nogi, gdy ten wzlatuje pod chmury. Nic dziwnego, że często iskrzy. Ale konstruktywnie.

Kiedyś podzielili się rolami. Adam trzyma marketing, sprzedaż i obmyśla strategie rozwoju, Jerzy trzyma kasę — dba o finanse, księgowość i ma oko na produkcję. Mieszka w rodzinnym Krośnie. Blisko fabryk. I Bieszczad, które kocha tak jak Adam Kraków.

Siedem krzeseł

Rynek krzeseł to taka mętna woda. Żadnych statystyk, zero danych, choćby jednej liczby. Adam zatem wyliczył, oszacował. W ciągu dnia cywilizowany człowiek korzysta średnio z siedmiu krzeseł —w domu, knajpie, biurze, poczekalni, czytelni, kinie etc. Każde „żyje” siedem lat — mniej więcej. Skoro Krzanowski o krzesłach wie wszystko, to niech wreszcie powie, co go w nich fascynuje. Nie, nie powie.

— To nudny produkt. Nikt nie patrzy na logo, tylko ogląda nogi czy oparcie. Dla ludzi krzesło to krzesło — mówi Adam.

Za to ile satysfakcji, ile przeżyć w jego tworzeniu. Starczy na dwa życiorysy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Waluty / Upór ukrzesłowiony