Długo oczekiwana konfrontacja premiera Leszka Millera i ministra Wiesława Kaczmarka przed sejmową komisją nie przybliżyła śledczych do prawdy ani o krok. Temperaturę starcia obniżyło już samo usadzenie świadków obok siebie, a nie naprzeciwko. Rozczarowali się zatem liczący na starcie kogutów. Od czasu do czasu padało jakieś spojrzenie wilkiem, ale generalnie była to konfrontacja mocno kontrolowana.
Okazało się, że nie ma... zwłok — czyli list ze składami rady nadzorczej Orlenu, które premier i minister skarbu mieli sobie wzajemnie okazywać. Co prawda współczesna kryminologia nie jest już tak ortodoksyjna i dopuszcza skazywanie za morderstwo na podstawie dowodów pośrednich, ale poszlaki zawsze wywołują wątpliwości. Niestety — i Miller, i Kaczmarek nie mogą przedstawić tzw. kwitów, potwierdzających dowodowo ich wersje.
Nad wczorajszymi przesłuchaniami cały czas unosił się duch doktora Jana Kulczyka, który według ministra Kaczmarka „trzymał na telefonicznym sznurku” najważniejsze osoby w państwie — prezydenta, premiera i ministrów. Dzisiaj wszyscy ci uwolnieni ze sznurka zajmują się głównie umniejszaniem swojej roli w zatrzymaniu prezesa Andrzeja Modrzejewskiego. Analiza ich zeznań prowadzi do konkluzji, że były szef Orlenu przypuszczalnie aresztował się sam.
Kiedy widzę obok siebie Millera i Kaczmarka, to zawsze korci mnie pewien poboczny wątek Orlengate. Sylwestra 2002/03 premier spędzał w Zakopanem i prosto po powrocie, w święto Trzech Króli, wyrzucił ministrów Wiesława Kaczmarka i Jacka Piechotę (tego drugiego przywrócił, w randze sekretarza stanu). Kiedyś próbowałem wyciągnąć od Leszka Millera, kto go podczas tak brzemiennego w skutki urlopu „trzymał na sznurku” — ale jedyne co premier miał do powiedzenia, to to, że ładnie wtedy wyglądał w stroju góralskim...