Uwaga na spółki skarbu państwa

Kamil Kosiński
opublikowano: 11-10-2011, 00:00

Menedżera Pepeesu uniewinniono, ale organy państwa nie chcą się wyrzec zastosowanych w jego przypadku metod

— Prokuratura musi i powinna ingerować w sprawy gospodarcze, w których zaangażowany jest majątek skarbu państwa, bo to w końcu jest majątek nas wszystkich — powiedział Edward Zalewski, szef Krajowej Rady Prokuratury, w niedzielnym programie „Państwo w państwie” w Telewizji Polsat.

— W ministerstwie skarbu są ludzie, którzy się znają na gospodarce. Jeśli złożyli doniesienie do prokuratury to mieli jakieś podstawy — wtórował mu Andrzej Barcikowski, były szef ABW, obecnie członek rady konsultacyjnej ABW. Program przedstawiał historię Tomasza Grodzkiego. W 2002 r. wszedł on do zarządu Pepeesu (ok. 10 proc. akcji spółki należało do państwa) z zadaniem wprowadzenia programu naprawczego. Balastem było m.in. kilka nierentownych spółek zależnych.

— Pepees był zmuszony finansować spółki zależne, które nie przejawiały absolutnie żadnej motywacji do tego, by się stać rentownymi. Ich dalsze utrzymywanie było sprzeczne z interesem spółki. Sprzedaż udziałów była koniecznością — uważa Tomasz Grodzki.

Biegła się nie zna

Plan naprawczy doprowadził do dramatycznych wydarzeń. W marcu 2003 r. do jego domu wpadła ABW. Tomasz Grodzki wylądował w areszcie. W celi siedział z kryminalistami dokonującymi rozbojów, morderstw i napadów. Jak twierdzi, bywało i tak, że przed przesłuchaniem przez ABW trzymano go cały dzień bez jedzenia i picia w maleńkiej celi. Prokuratura uznała, że nadużył uprawnień i ze szkodą dla Pepeesu sprzedał jego udziały w spółce zależnej Serwis-Pepees. Wyliczyła też, że 100 proc. udziałów o wartości księgowej 1,7 mln zł sprzedano za grosze (niecałe 3 tys. zł).

Jego domniemanym przestępstwem miało być też usiłowanie sprzedaży 100 proc. udziałów Pepeesu w innej spółce córce — PPHU Spido (do transakcji nie doszło). Zdaniem śledczych, w tym przypadku szkoda Pepeesu, mogła wynieść ok. 1 mln zł. Biegłą, na której opinii oparto akt oskarżenia, była księgowa MPK.

— Nie wiem, czym się kierowała prokuratura, wybierając taką osobę na biegłą. Sama przyznała się przed sądem, że nie rozumie ekonomicznych aspektów działania przedsiębiorstwa, a opinię wydała na podstawie suchych liczb, zestawień, raportów — opowiadał sędzia Jan Leszczyński, rzecznik Sądu Okręgowego w Łomży.

Jeden pękł, inni nie

Tomasz Grodzki wyszedł z aresztu po prawie sześciu miesiącach. Musiał wpłacić200 tys. zł kaucji. Dostał zakaz opuszczania kraju. Na jego domu ustanowiono przymusową hipotekę kaucyjną do kwoty 100 tys. zł. Podczas procesu sądowego zapewniał o niewinności.

— Wszystkie zarzuty były bezpodstawne. Moje działania wynikały z uprawnień zarządu określonych w statucie spółki, a ponadto były aprobowane przez radę nadzorczą. Nie mogłem się więc dopuścić nadużyć czy przekroczenia uprawnień. Prokurator, zamiast dokonać wyceny rynkowej sprzedawanych udziałów, błędnie zastosował wycenę księgową, którą i tak zawyżył trzykrotnie — mówi Tomasz Grodzki.

W styczniu 2008 r. został prawomocnie uniewinniony przez sąd. Podobnie jak większość innych oskarżonych. — Jeden z członków zarządu spółki zależnej był słabszy psychicznie i dobrowolnie poddał się karze. Wyjechał do Anglii i pracuje fizycznie — dodaje Tomasz Grodzki. Według Andrzeja Malinowskiego, prezydenta Pracodawców RP, świadczy to o zastosowaniu aresztu wydobywczego.

— Jeśli prokurator ma dokumenty, to co może zmienić aresztowanie człowieka? Chyba, że jest to typowy areszt wydobywczy — perorował. Kontratakował Edward Zalewski. — Twierdzi pan że pod wpływem aresztowania wielu przedsiębiorców się samooskarża. Równie dobrze mogę stwierdzić, że wielu przestępców w więzieniu przyznaje się do prawdy — mówił szef Krajowej Rady Prokuratury.

Kolejna sprawa – Stacherczak i Broda story

16 października 2011 r. w programie „Państwo w państwie” telewizja Polsat przedstawi sprawę Krzysztofa Stacherczaka. Zaczęła się ona w 2000 r., kiedy była prezes spółki należącej do Krzysztofa Stacherczaka zgłosiła się na policję i zeznała, że jej szef prowadzi podwójną księgowość i wyłudza państwowe pieniądze. W lipcu 2001 r. prokuratura zarzuciła Stacherczakowi m.in. wyłudzenie 140 tys. zł na rzekomą renowację XVIII-wiecznego spichlerza.

Namówiony przez Aleksandrę Brodę, wtedy śląskiego konserwatora zabytków, kupił go za symboliczne 100 zł od Spółdzielni Kółek Rolniczych. Ściągnięta przez Stacherczaka ekipa rozebrała drewniany spichlerz, jego elementy ponumerowała i zakonserwowała. Gdy trwały poszukiwania miejsca dla postawienia zabytku, do akcji wkroczyły prokuratura i policja. Rozebrany spichlerz został uznany za „bezużyteczną kupę desek”, a Stacherczak oskarżony o wyłudzenie dotacji na renowację zabytku. Spędził w areszcie w sumie 24 miesiące. Rok spędziła w areszcie Aleksandra Broda. Jeszcze w trakcie procesu Stacherczak sprzedał elementy spichlerza innemu biznesmenowi. Ten odtworzył zabytek zgodnie z pierwotnymi planami Brody. W zrekonstruowanej budowli działa stylowa restauracja. Jej właściciele zostali uhonorowani nagrodą generalnego konserwatora zabytków – Zabytek Zadbany.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu