Rezultaty jego wyprawy przekroczyły najśmielsze oczekiwania. Chociaż złośliwi mogliby powiedzieć, że pływał w kółko.
Jesienią 1517 r. portugalski admirał Ferdynand Magellan (na zdjęciu u góry)stanął przed nastoletnim wówczas królem Hiszpanii Karolem I z kuszącą ofertą — znajdzie zachodnią drogę morską do Moluków, wysp korzennych.
Przywożone stamtąd korzenie osiągały w Europie astronomiczne ceny, więc gra była warta świeczki. Odkrycie zachodniej drogi byłoby dla Hiszpanii ważne, bo wschodni szlak, dookoła Afryki i Przylądka Dobrej Nadziei, na mocy układu z 1494 r. przypadł Portugalii.
Kuszenie króla Karola
Admirał miał pewien argumenty. Z wcześniejszych i bardzo niedoskonałych map wybrzeży Ameryki Południowej wysnuł wniosek, że przejście z Atlantyku na drugi ocean może znajdować się w olbrzymim lejkowatym ujściu rzeki La Plata.
W marcu 1518 r. król Karol dał się skusić i przeznaczył stosowne fundusze na wyprawę. Magellan kupił pięć statków — Trynidad, San Antonio, Concepcion, Victoria i Santiago — (dość sfatygowanych) skompletował 265 osób załogi, często dość podejrzanych typów.
20 września 1519 r. z Sanlucar de Barrameda wypłynęła Armada Moluków, bo taką nazwę przyjęła flotylla Magellana. Ekspedycja przygotowała się na kontakty z tubylcami — oprócz niezłego uzbrojenia na pokład zabrano prawie tysiąc lusterek, setki noży, tysiące haczyków na ryby, czyli ówczesną walutę wymienialną.
Po tygodniu, kiedy armada dotarła do Wysp Kanaryjskich, po raz pierwszy marynarze zaczęli wyrażać swoje obawy. Płynęli bez map na koniec świata, a przecież każdy z nich słyszał straszliwe opowieści o potworach morskich czy o dzikich plemionach ludożerców czyhających podróżników. Buntowników aresztowano i rejs kontynuowano.
Miłe złego początki
W grudniu Magellan dotarł do wybrzeży Ameryki Południowej i po przyjaznym przyjęciu przez tubylców w okolicach Rio de Janeiro ruszył wzdłuż brzegów na południe. Kiedy się okazało, że ujście La Platy nie jest przesmykiem na zachodnią półkulę, załoga zaczęła się buntować. Przywódców stracono, innych zostawiono na brzegu, ale atmosfera wyprawy stawała się coraz gorsza.
Nie poprawiła jej strata Santiago, który wpadł na skały. Pod koniec października pozostałe cztery okręty stanęły o wrót skalistego przesmyku, który mógł prowadzić na drugi ocean. Magellan nazwał go Cieśniną Wszystkich Świętych (dopiero później została nazwana jego imieniem) i mimo skrajnie trudnych warunków ruszył pośród skały. Wówczas San Antonio zdezerterował i zawrócił do Hiszpanii. Trzy statki przez miesiąc lawirowały pośród skał i pod koniec listopada wypłynęły na gładkie spokojne wody nowego oceanu. Tak spokojnego, że Magellan nazwał go Pacyfikiem.
Morderczy sukces
Dziesiątkowani przez głód i choroby marynarze Magellana dotarli w kwietniu do Filipin, gdzie nie zostali przyjęci przyjaźnie. 27 kwietnia 1521 r. Magellan zginął podczas potyczki z tubylcami. Pod dowództwem Juana Sebastiana de Elano trzy statki dotarły w listopadzie 1821 r. do zamierzonego celu podróży — Moluków.
Tam wyprawę opuściła ponad setka marynarzy. Reszta uznała, że wystarczą im dwa okręty i spaliła Concepciona. Trzy dni przed Bożym Narodzeniem Victoria ruszyła samotnie w drogę powrotną do Europy. Gdy 6 września 1522 r. przybiła do wybrzeży Hiszpanii z 270 marynarzy, którzy wyruszyli na wyprawę, wróciło 19.
Czekały ich zaszczyty i sowita zapłata. I — co nie miało dla nich najmniejszego znaczenia — stałe miejsce w podręcznikach historii. Bardziej liczył się podziw innych żeglarzy. Trwa do dziś — bez map i nowoczesnej nawigacji dokonali rzeczy niemożliwej. Nie bez powodu żeglarze mówią o wieku wielkich odkryć, że wówczas statki były z drewna, ale ludzie z żelaza.
