Do niedawna umowy z administracją uchodziły za bezpieczne — państwo zawsze zapłaci. Teraz nie jest to już takie pewne. Wczoraj "PB" donosił, że policja nie płaci firmom za wykonane zadania. Łącznie zalega na pół miliarda zł. Powód? Resort finansów nie wypłacił wystarczająco dużo pieniędzy ministerstwu spraw wewnętrznych, a ono — policji. Okazuje się jednak, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Wczoraj MF przyznało, że cięcia w wydatkach dotknęły wszystkie 150 jednostek pobierających pieniądze z budżetu. Mimo że w ustawie budżetowej pieniądze są im przyznane. Dla przykładu: Ministerstwo Spaw Wewnętrznych i Administracji nie dostało łącznie 830 mln zł, Ministerstwo Sprawiedliwości — 130 mln zł, Ministerstwo Zdrowia oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego — po 200 mln zł, a Ministerstwo Gospodarki — 24 mln zł.
— Minister finansów zarządza budżetem. Dlatego jest ministrem finansów. W sytuacji, kiedy dochody były mniejsze niż przewidziane, naturalne jest, że ograniczane są wydatki — tłumaczy Jacek Rostowski, minister finansów.
— Zapis w budżecie, przyznający komuś jakieś pieniądze, nie oznacza jeszcze, że ten ktoś ma prawdo żądać tych pieniędzy. To tylko uprawnienie ministra finansów, a nie obowiązek, do przekazania pieniędzy — dodaje Elżbieta Suchocka-Roguska, wiceszefowa resortu.
Mimo słabnących z miesiąca na miesiąc dochodów budżetu, jeszcze w listopadzie deficyt budżetowy wyniósł zaledwie 14,8 mld zł, czyli 55 proc. planów na cały rok. Jaki był ostatecznie deficyt w 2008 r.? To okaże się dziś, ale już teraz wiadomo, że sytuacja jest paradoksalna: jak podaje Ministerstwo Finansów, deficyt będzie mniejszy od zaplanowanego (a więc pieniądze w kasie państwa są), a mimo to instytucjom publicznym brakuje miliardów złotych na spłacenie zobowiązań wobec firm. Powód jest prosty — biurokracja.
— Ministerstwo Finansów dostaje pieniądze z podatków pod koniec każdego miesiąca. W grudniu 2008 r. ostatnie dni dodatkowo zostają uszczuplane przez długi świąteczny weekend. Nie było wiadomo, jak dużo pieniędzy trafi do budżetu. Musieliśmy więc założyć bezpieczny, stosunkowo niski poziom dochodów, a więc i wydatków, tak żebyśmy w razie czego nie wydali więcej, niż pozwala na to deficyt budżetowy. Za jego przekroczenie grozi Trybunał Stanu — tłumaczy Elżbieta Suchocka-Roguska.
Co na to wszystko ekonomiści? Dowiesz się z piątkowego „Pulsu
Biznesu”.