Z kręgów zbliżonych do dobrze ułożonych dotarła do nas opinia „Nastały takie czasy, że nie wiadomo, czy warto odbierać telefon”. Rzeczywiście, czasem można przeżyć szok, gdy po dwóch stronach łącza istnieje dysproporcja w zasobach informacji. Pamiętamy casus ministrów Wiesława Kaczmarka i Jacka Piechoty — mogą przysiąc, iż nie mieli pojęcia, że premier Leszek Miller w ubiegłoroczne święto Trzech Króli pilnie wzywa ich do siebie po to, by... odwołać ze stanowisk.
W gorącym okresie obecnego przesilenia rządowego jedne łącza nagle przestają funkcjonować, a inne wręcz przeciwnie — odblokowują się po długim okresie nieużywania. Dzwonek telefonu może brzmieć nie tylko złowieszczo i oznaczać odwołanie, ale także wywoływać stres związany z... propozycją powołania. Na przykład w kręgach związanych z rynkiem kapitałowym i resortem skarbu szczerze wymieniane są takie uwagi: „Gdyby tak nagle zadzwonił do mnie z propozycją Jacek Socha, to co mam mu odpowiedzieć...?” Chodzi o to, jak grzecznie i bez naruszania przyjacielskich kontaktów dać ministrowi nominatowi do zrozumienia, żeby się bujał.
Reakcje byłyby oczywiście kompletnie inne, gdyby wyklarowała się sytuacja rządu. Tymczasem gabinet Marka Belki w najlepszym dla niego wypadku podziała aż do września 2005 r., ale w najgorszym — zaledwie kilkanaście dni! Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Jeszcze przedwczoraj możliwość skonstruowania rządu sejmowego — po przypuszczalnym odrzuceniu 14 maja wotum zaufania dla Marka Belki — w ogóle nie była poważnie brana pod uwagę. A tu nagle wczoraj Józef Oleksy rzucił, niby tak w powietrze, że jeśli pierwsze podejście się nie uda, to klub SLD nie powinien od razu odpuszczać i stawiać wszystko na ostatni konstytucyjny wariant, czyli na powtórne głosowanie wotum zaufania dla rządu prezydenckiego z powołanym drugi raz premierem Belką...