W Państwie Środka nadzieja uczelni

Karol Jedliński
opublikowano: 2010-03-09 00:00

Polskie uczelnie szukają

Niż demograficzny zdziesiątkuje polskie szkoły wyższe, jeśli nie pomogą im zagraniczni studenci

Polskie uczelnie szukają

studentów choćby na

krańcu świata. Wynajmują

agencje rekrutacyjne,

promują się w Azji...

Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie (UWM) szuka studentów w nietypowy sposób. Właśnie rozpisał trzy przetargi na usługę rekrutacji obcokrajowców na anglojęzyczne studia na kierunku lekarskim. Przetargi są trzy, bo i tyle jest obszarów poszukiwań żaków: Azja wraz z Bliskim Wschodem, Ameryka i Europa.

— Idea jest dobra, bo naszych studentów jest coraz mniej. Jednak nie wiem, czy do UWM zgłosi się jakakolwiek skuteczna firma, bo takich w Polsce nie ma. I to nie z ich winy, a dlatego, że ściągnąć zagranicznych studentów do nas jest bardzo trudno — uważa Krzysztof Pawłowski, założyciel i wieloletni rektor Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu.

Czesi dają przykład

Statystyki OECD pokazują, że jedynie 0,5 proc. studentów w Polsce to obcokrajowcy, najmniej w całej UE. Czechy mogą pochwalić się wskaźnikiem na poziomie 6,3 proc. a Węgry 3,3 proc. (dane OECD). Hiszpanie, Brytyjczycy, Niemcy, Włosi też są o lata świetlne przed nami.

— Jako jedyni w Polsce mamy od niedawna wyróżnienie ECTS Label, które przyznaje się uczelniom dbającym o studentów z zagranicy. To spowodowało, że zgłasza się do nas po kilkanaście zagranicznych agencji rekrutacyjnych tygodniowo z propozycją zawarcia umów — przyznaje Sara Kowalska-Bryl zajmująca się zagranicznymi studentami na Politechnice Łódzkiej (PŁ).

W tej szkole studiuje 400 obcokrajowców, czyli 2 proc. studentów. Dominują Afrykanie, nasi wschodni sąsiedzi oraz Palestyńczycy i Wietnamczycy. Dlaczego oni? Bo w tych krajach działają operatywni absolwenci PŁ, ściągający do Polski swoich rodaków.

Widmo bankructwa

— Żadna nasza szkoła wyższa nie ma w swojej strategii rekrutacji za granicą jako jednego z podstawowych celów. A przecież przez najbliższe dziesięć lat liczba studentów w Polsce spadnie o niemal 40 proc. To oznacza, że jeśli szkoły prywatne nic nie zrobią, 75 proc. z nich zbankrutuje. Publiczne uczelnie też popadną w kłopoty — uważa prof. Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP, partner w Ernst Young i jeden z autorów diagnozy sytuacji w szkolnictwie wyższym.

— Oficjalną umowę podpisaliśmy tylko z jedną agencją rekrutującą: z New Delhi. Resztę sprawdzamy, bo chcemy uniknąć kontaktów z podmiotami chcącymi wykorzystać nas jako platformę przerzutową dla emigrantów — przyznaje Sara Kowalska-Bryl.

Na całym świecie osoby studiujące za granicą wydają na naukę kilka miliardów dolarów rocznie. Na wyobraźnię rektorów naszych uczelni działają Chiny (za granicą studiuje ponad pół miliona obywateli) i Indie (dziesiątki tysięcy).

— Najlepsi wybiorą renomowane szkoły z USA lub Europy Zachodniej. My moglibyśmy przejąć drugi sort. I tak próbujemy robić, wydaliśmy setki tysięcy złotych na rozpoznanie na obcych rynkach. Jednak polityka wizowa naszej ambasady w Pekinie jest restrykcyjna i nie pozwala na swobodną rekrutację. 17-18-letnia Chinka jest tam traktowana ja- ko potencjalny agent reżimu — podkreśla Krzysztof Pawłowski.

Bez British Council

Zdaniem ekspertów, otwarcie na Chiny i tak nie dałoby wiele. Polska po prostu nie jest tam postrzegana jako atrakcyjny kierunek dla studiów. I wcale nie chodzi o kapryśny klimat.

— Za mało jest programów nauczania po angielsku. Nasze uczelnie nie łapią się nawet do średnich rejonów najważniejszych światowych rankingów. A w Europie panuje ostra konkurencja o studenta spoza UE. Wygrywają najlepsi. Tu działają mechanizmy rynkowe. Musimy zmienić nasze szkolnictwo od środka — uważa prof. Krzysztof Rybiński.

Jednocześnie trzeba promować je na zewnątrz. Dlatego eksperci radzą, by przy Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego powstało coś w rodzaju British Council. Na jego działanie składałyby się uczelnie wyższe. Takie instytucje promujące za granicą studia mają już niemal wszystkie kraje UE. Ale nie Polska.

Jeśli nie my, to Ohio

Dr Piotr Ciżkowicz

Ernst Young, współautor diagnozy o szkolnictwie wyższym w Polsce

Niedawno jako wykładowca Szkoły Głównej Handlowej spotkałem się z przedstawicielem amerykańskiego Ohio State University (OSU). To uczelnia kształcąca 60 tys. studentów. Gdy jej pracownik pokazał mi prezentację dotyczącą ich rozwoju za granicą, byłem w szoku. Pełny profesjonalizm, podejście biznesowe, jakiego w polskich uczelniach nie spotkałem. Dlatego, jeśli ktoś przyciągnie w najbliższych latach dużą liczbę studentów z zagranicy, będzie to np. OSU, planujący otwarcie w Polsce dużego oddziału swojej uczelni. Polskie szkoły nie będą konkurencją, dopóki nie poradzą sobie z odpowiednim poziomem kształcenia. Oczywiście są już wśród nich wyjątki. Niestety, nieliczne.

2,5

mln Tyle osób na świecie studiuje poza granicami swojego kraju...

700

tys. ...o tyle zmniejszy się do 2020 r. liczba studentów w Polsce...

41

tys. ...tylu zagranicznych studentów uczy się w Szwajcarii (16 proc. wszystkich studiujących w tym kraju)...

24,4

tys. ...tylu studentów z zagranicy jest w Czechach...

13,1

tys. ...a tylko tyle w o wiele większej Polsce.