Właśnie nabiera kształtów najnowszy pałac, zwany górnolotnie Sercem Europy, a będący raczej Jajem Europy. Będą zbierały się w nim szczyty Rady Europejskiej, czyli organu decyzyjnego numer jeden. Komisja Europejska (KE), obserwująca tę budowę z drugiej strony ulicy, nie może się pogodzić ze stopniowym przechodzeniem na drugą pozycję. A jest jeszcze ten trzeci, Parlament Europejski (PE), od ronda Schumana ciut oddalony, ale szczycący się aż… trzema siedzibami: oprócz Brukseli także w Strasburgu i Luksemburgu.
We wtorek i środę miałem okazję trafić na bardzo ważne manewry owego decyzyjnego trójkąta. Rada oraz KE pracowały nad klepnięciem wreszcie przez PE wieloletnich ram finansowych 2014-20, które na szczycie w lutym uzgodnili szefowie państw i rządów. Wobec nadchodzących sprzecznych informacji nadałem poprzedniemu komentarzowi ostrożnościowy tytuł „Przeciąganie budżetowej liny”, bez stawiania kropki nad i. Co okazało się taktycznie słuszne, albowiem przez cały czwartek Bruksela emitowała tyle oświadczeń, że tytuł tego komentarza, nawiązujący do pamiętnego filmu czeskiego, jest w pełni uzasadniony. Irlandzka prezydencja, reprezentująca rządy państw członkowskich, ogłosiła uzgodnienie porozumienia, ale negocjatorzy PE odpowiedzieli „pomylone garnki, pomylone garnki!”.
Dopiero w przyszłym tygodniu okaże się, czy temat wieloletniego budżetu 2014-20 stanie na lipcowej sesji PE. Kierownictwa parlamentarnych grup politycznych zarzucają prezydencji manipulację i deklarują, że nie ustąpią przed szantażem niektórych rządów, trzymających budżetowego węża w kieszeni. Cóż, następna szansa na kompromis dopiero we wrześniu...