Nawet nieuleczalni optymiści stracili już chyba wiarę, że Ameryka jest przykładem ekonomicznego zdrowia. Od początku dekady Amerykanie nie ujrzeli centa zysku z akcji. Wartość ich domów spada najszybciej od Wielkiego Kryzysu. Dolar stracił 40 proc. swojej wartości od zaprzysiężenia George'a W. Busha. Chwieją się bankowe potęgi, a system finansowy trzeszczy w szwach.
Większość prognoz dotyczących obecnego kryzysu abstrahuje od jego systemowego podłoża, skupiając się na symptomach. Dominuje przekonanie, że mimo wszystko będzie on ograniczony, a nieśmiertelne tzw. zdrowe fundamenty wsparte zręczną polityką monetarną przywrócą wkrótce normalność. Nieobecność drastycznych objawów gospodarczej depresji w postaci masowych zwolnień i bankructw podtrzymuje wrażenie stabilności , nie zmuszając ekonomistów do intelektualnego wysiłku.
Załamanie rynku nieruchomości, które stało się zapalnikiem kryzysu i być może zapowiada koniec pewnej epoki nie jest jednak tylko wynikiem łatwych do skorygowania regulacyjnych niedopatrzeń, ale konsekwencją związanego z tzw. ekonomią propodażową modelu gospodarczego dominującego w USA od początku lat 80., który zastąpił powojenny kapitalizm przemysłowy.
Zmienił on dystrybucję materialnych korzyści, znacznie zwiększając premię za posiadanie aktywów kosztem obniżenia wagi dochodów z pracy w ekonomicznym układzie sił. Tempo wzrostu wartości aktywów i poziomu zadłużenia było znacznie wyższe od wzrostu płac i PKB. Od 1980 roku przeciętne wynagrodzenie zwiększyło się nominalnie o niespełna 150 proc. podczas gdy akcje zdrożały dwunastokrotnie, a średnia cena nowego domu zwiększyła się czterokrotnie. Udział wynagrodzeń w PKB wyraźnie zmalał do 45 proc., a jednocześnie majątek netto Amerykanów wzrósł sześciokrotnie, osiągając wartość równą światowemu PKB.
Taki rozkład wartości był wynikiem działania czynników z jednej strony hamujących wzrost płac i cen, a z drugiej silnie stymulujących ekspansję kredytową i wzrost kapitału finansowego. Malejąca inflacja, szczególnie po zmianie metodologii jej obliczania, w połączeniu z dogmatem o neutralności wzrostu wartości aktywów dla realnej gospodarki zapaliła zielone światło dla zwiększenia podaży kredytu. Wartość tzw. całkowitego zadłużenia w ciągu niespełna 30 lat wzrosła z 140 do 340 proc. PKB. Wartość kredytów hipotecznych potroiła się w ciągu ostatniego dziesięciolecia do kwoty 10 bln. USD. Olbrzymi rynek długu hipotecznego umożliwił bankom stworzenie tzw. ukrytego systemu finansowego, pozwalającego de facto zwiększać płynność poza kontrolą Rezerwy Federalnej poprzez sekurytyzację oraz transfer pasywów do niezależnych podmiotów.
Kredytowy boom wywindował ceny aktywów, ale zawiódł jako sposób na długookresowe zdynamizowanie wzrostu gospodarczego w USA. Realny roczny wzrost PKB uparcie trzymał się w pobliżu wieloletniej średniej wynoszącej 3 proc., a w bieżącej dekadzie zaczął mieć problemy z pokonaniem nawet tego progu. Turbokapitalistyczny system zaczął w końcu zjadać własny ogon, gdyż przy stagnacji realnych dochodów kluczową dla wzrostu PKB dynamikę konsumpcji podtrzymywały w ostatnich latach kredyty zaciągane pod zastaw drożejących szybko domów. W rezultacie wartość długu hipotecznego wzrosła z 35 proc. wartości nieruchomości w 1990 r. do rekordowych 53 proc.
Już załamanie rynku akcji w 2000 r. stanowiło ostrzeżenie, że wyceny aktywów osiągnęły niebezpieczny poziom. Zostało jednak zignorowane, a kurek z kredytem odkręcono jeszcze bardziej. Członkowie Fed, zamiast martwić się stagnacją płac utrudniającą obsługę rosnącego zadłużenia widzieli w niej tylko czynnik trzymający inflację w ryzach. W ciągu zaledwie 7 lat średnia cena domu sięgnęła poziomu pięciu przeciętnych rocznych dochodów rodziny, co oznaczało dwukrotny wzrost od początku lat 70.
Pęknięcie bańki na rynku nieruchomości może wyrządzić znacznie więcej szkód niż giełdowa bessa. Wzrost cen był tutaj prostą pochodną kredytowej ekspansji. Szczytowa wartość domów wynosząca ok. 21 bln. USD przekraczała o niemal połowę kapitalizację rynku akcji. Spadek cen nieruchomości powoduje więc potężny szok dla całego systemu finansowego, szczególnie biorąc pod uwagę skalę sekurytyzacji długu. Kapitały własne amerykańskich banków wynoszą ok. 1,35 bln. USD, a krach na rynku japońskich nieruchomości zapoczątkowany w 1990 r. kosztował ok. 750 mld. USD. Gdyby straty banków przyspieszyły, np. w wyniku załamania cen nieruchomości komercyjnych, temperatura kryzysu znacznie by wzrosła.
Rozładowanie napięć wywołanych dysproporcją między tempem wzrostu gospodarki a aprecjacji aktywów potrwa zapewne lata, a Rezerwa Federalna, gasząca kolejne pożary, może nie zapobiec poważnym wstrząsom. Nieuniknione będzie przerzucenie kosztów operacji ratunkowych na podatników, którzy i tak odczuwają skutki wzrostu cen. Już teraz rekordowe 55 proc. swojego rozporządzalnego dochodu Amerykanie przeznaczają na niezbędne wydatki. Spadek wartości domów niezwykle utrudni konsumpcyjne ożywienie gospodarki. Jak oszacowano, każdy dolar straty na wartości nieruchomości powoduje spadek wydatków o ok. 5 centów, dwukrotnie więcej niż w przypadku załamania cen akcji. W dodatku teraz oba rynki zgodnie spadają.
Nieuchronne zaostrzenie reguł gry dla banków, szczególnie inwestycyjnych i demontaż ukrytego systemu finansowego ograniczy akcję kredytową i zmniejszy bankowe zyski. Wyższe oczekiwania inflacyjne będą trzymać długoterminową rynkową cenę pieniądza znacznie powyżej stopy Fed Funds, co utrudni stabilizację rynku nieruchomości. Niższe dochody banków wpłyną silnie na wycenę całego rynku akcji, obniżając jego atrakcyjność, gdyż rok temu zyski spółek finansowych stanowiły aż 40 proc. zysków korporacyjnej Ameryki. Najbliższe lata upłyną prawdopodobnie pod znakiem znacznie niższego od średniej z ostatnich dekad tempa wzrostu indeksów, zapewne poniżej stopy oprocentowania długoterminowych obligacji.
Rezerwa Federalna jest obecnie skazana na walkę jednocześnie z deflacją aktywów i cenową inflacją. Spadku wartości nieruchomości i akcji nie udało się jak dotąd zatrzymać, a inflacja utrzymuje się niebezpiecznie wysoko. Z dwojga złego Fed wybierze w ostateczności jednak inflację, bojąc się zaostrzenia polityki pieniężnej i powtórki z Wielkiego Kryzysu, gdy początkowo podwyższano stopy procentowe mimo załamania na rynku finansowym. To zaś może doprowadzić do sytuacji znanej z początku lat 70., gdy wskutek takiej właśnie polityki Fed początkowa recesja została utrwalona na lata w postaci stagflacji.
Możliwa stagnacja czy też stagflacja jest jednak bardziej politycznie strawna od ostrej depresji i deflacji. Łatwiej jest utrzymać wypłacalność systemu finansowego, gospodarcza destrukcja odbywa się za kulisami, a spadek poziomu życia jest powolny, maskowany nominalnym wzrostem płac. Jeśli jego szczyt był odpowiednio wysoko, poczucie dobrobytu może utrzymywać się latami, choć dla coraz mniej licznych grup. Bezrobocie może wzrosnąć, ale nie dramatycznie, szczególnie jeśli gospodarkę zdominował sektor usługowy, mniej zależny od cyklu inwestycyjnego.
Świata jednak nie stać na to, aby Ameryka stała się drugą Japonią, która przetrwała krach swoich rynków aktywów głównie dzięki eksportowi, także do żyjącej nad stan i nadużywającej swojej pozycji remitenta globalnej waluty Ameryki. Jeśli stopa wzrostu PKB zejdzie w USA poniżej 2 proc., światowa gospodarka znajdzie się w opałach, gdyż jej trzy główne filary popadną w ekonomiczny marazm, gdyż wzrost rzędu 2 proc. oznacza de facto stagnację.
Pod znakiem zapytania stanie wówczas los młodych gospodarek, które rozkwitły
dzięki sponsorowanemu przez turbokapitalizm boomowi, rozwijając się obecnie wg.
modelu obowiązującego w Ameryce w latach 50. i 60. Mogą okazać się wewnętrznie
zbyt słabe, aby nadal zapewniać swoim mieszkańcom szybki wzrost poziomu życia.
Jeśli wygra scenariusz stagnacyjny i największe gospodarki nie wzmocnią się,
godzina prawdy wybije zapewne w przyszłej dekadzie, gdy najliczniejsza w
historii rzesza nowych emerytów w najbogatszych krajach świata zażąda od swoich
państw dotrzymania zobowiązań, a jednocześnie zacznie realizować wartość
zgromadzonych przez lata aktywów.