Wall Street: dukat nie śpi

opublikowano: 18-10-2017, 22:00

Na zaplanowanej na 21 października aukcji numizmatów do wylicytowania będzie m.in. unikatowy dukat Zygmunta Starego, którego cena startowa to 250 tys. zł. Ale będą również monety, których ceny to kilkaset złotych

Gdyby sequel kinowego przeboju o maklerach w szelkach rozgrywał się przy ul. Żelaznej w Warszawie, zebrałby może przychylniejsze recenzje, bo właśnie pod tym adresem odpalać powinien teraz kosztowne cygaro prawdziwy rekin. Byle czego nie wziąłby za dobrą monetę, bo wie, że blue chipy czekają w pancernym sejfie — drobniutkie, czasem ledwo czytelne, ale za jednego takiego dukata dałoby się pewnie przy tej samej ulicy kupić nawet kawalerkę. Dlaczego akurat za dukata, a nie za talara, wyjaśnia ekspert Michał Niemczyk, który 21 października wyciągnie je wszystkie z ogniotrwałych szaf i poprowadzi ostrą licytację.

W porównaniu z banknotem monetę bardzo łatwo jest utrzymać w nienaruszonym stanie, natomiast na papierze każde zgięcie, przybrudzenie, a nawet wywinięcie rogu już dyskwalifikuje egzemplarz ze stanu pierwszego.
Wyświetl galerię [1/3]

W porównaniu z banknotem monetę bardzo łatwo jest utrzymać w nienaruszonym stanie, natomiast na papierze każde zgięcie, przybrudzenie, a nawet wywinięcie rogu już dyskwalifikuje egzemplarz ze stanu pierwszego.

Lokata minimalisty

Gdyby Gordon Gekko napierał na ladę antykwariatu, pytając, co jest na rynku najdroższe, ekspert musiałby odpowiedzieć, że złote monety Zygmunta Starego, bo każdej z nich jest do dziesięciu sztuk. Takiej jednak, która na sobotniej aukcji wystawiona zostanie z progiem 250 tys. zł, nie ma więcej ani jednej, bo dukat z 1531 r. to pierwszy i jedyny egzemplarz dostępny na rynku. Zapisy potwierdzają, że jeden taki numizmat znajdował się w kolekcji Radziwiłłów, a drugi w zbiorze Potockich — oba można było uznawać za zaginione, dopóki ostatni nie pojawił się w ofercie warszawskiej aukcji. W najobszerniejszym katalogu złotych monet jest jego opis, ale jako jedyny nie ma fotografii, dlatego można mówić o unikacie — złotym, ale bardzo niepozornym, jak akcje spółki, o której dopiero jutro będzie w prasie. Profil króla w towarzystwie renesansowych smoków ilustruje jeszcze proste, rozwijające się mennictwo, w dodatku okaz jest jak cienki żeton, lżejszy niż 3,5 g.

— W numizmatyce właśnie to jest najwspanialsze — gabaryt — bo jeśli uzbiera się kilkadziesiąt tak wartościowych egzemplarzy,będą stanowiły ogromny kapitał, mieszczący się nawet w małej damskiej torebce — komentuje Michał Niemczyk.

Pali się, moja panno

Niska podaż zawsze jest mile widziana, ale wyczekujące oczy giełdowego rekina wypatrują jeszcze przebicia, stopy zwrotu, soczystego zysku. Rozbłysłyby na widok kilkucentymetrowej żółtej karteczki, która wysunęłaby się na ladę z foliowego opakowania następnego numizmatu. Większy od poprzednika, złoty półportugał odpowiadać miał pięciu dukatom, a obecnie jego cena wywoławcza wynosi 250 tys. zł — co zupełnie nie zgadza się z tajemniczą notatką długopisem, która postała w latach 80. w Ameryce. Jak można odczytać, wtedy półportugał sprzedany został za 465 USD i, chociaż zapisek jest w pewnym sensie ciekawostką, wyraźnie pokazuje, o ile zamaszystych kroków oddalił się od tamtych czasów rynek. Przeniesienie się do Stanów Zjednoczonych lat 80. byłoby w końcu jak podróż do momentu, w którym „chciwość zaczęła być dobra”, ale wystawiony półportugał to jeszcze mocniejszy wehikuł. Jak podaje nota w katalogu, nosi ślad po zawieszce od łańcucha i próby jego naprawy, dlatego że złote egzemplarze tej monety traktowane były jako niecodzienne, wyjątkowe nagrody, które najczęściej noszono na łańcuchach, żeby dekorować zbroję. Ten wybito w 1629 r. w Toruniu dla upamiętnienia jego obrońców, którzy nie pozwolili skruszyć murów miasta, przedstawionego na rewersie jako spowita dymem, ostrzeliwana panorama. Czerwona patyna, która pojawiła się na niej z czasem, przypominać może tylko pożar, wzbijający wybite na monecie kłęby nad domy, kościół i ratusz.

Suita grana w banku

Najbardziej lubimy melodie, które już słyszeliśmy, dlatego warto sięgnąć po znajomo brzmiący fragment katalogu: z inicjatywy i staraniem króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w ostatnich latach jego panowania wybito serię medali upamiętniających królów Polski, poczynając od Bolesława Chrobrego, na Auguście III Sasie kończąc. Na podobną informację można natrafić co roku, bo w końcu stanisławowska Suita Królewska wciąż ożywiana jest na nowo, według starego, rzadko dostępnego w obiegu wzoru.

— Te same medale, które wystawione zostaną na aukcję, bite są dzisiaj w złocie i srebrze przez NBP. To jednakowe wizerunki, wzorowane na królewskich portretach z zamkowej Sali Marmurowej, przy czym na licytację trafią oryginały, a niektóre z nich nie pojawiły się w handlu od kilkunastu lat. W takiej ilości i stanie zachowania nie wystawiono ich dotychczas ani razu, przy czym w komplecie sprzedane zostały w grudniu 2000 r. za 20 tys. USD — komentuje Michał Niemczyk.

Dla porównania, wspomniane półportugały kupowano wtedy po 2 tys. USD, a więc za skromny ułamek obecnej wartości. Pojedyncze medale suity królewskiej mają ceny wywoławcze od 8-10 tys. zł i pewnie trącają się złośliwie przed aukcją, bo każdy z królów chciałby już dworować osobno, w nowo podbitej kolekcji.

Banknotowy test białej rękawiczki

Rynek banknotów jest zdecydowanie węższy niż oferta monet, co widać nawet po proporcji ilości zajmowanych stron w katalogu. Wśród różnych pozycji kilka kartek zapełnia niewielka pozostałość po emisji, która w tysiącach skrzyń czekała na koniec wojny, przygotowana przez Bank Polski na emigracji. Ze wszystkich wydrukowanych banknotów tylko odłożony do archiwum stos nie trafił w latach 50. do zakładu, w którym resztę przerobiono na papierową masę. Z niego pochodzi przykładowy wzór pięćdziesięciozłotówki, której cena wywoławcza wynosi 3 tys. zł, a strona odwrotna przedstawia malowniczy spływ tratwą po Dunajcu. Ta sama scena, tylko bez czerwonego oznaczenia „wzór”, rozpościera się na innym przykładzie tego nominału, który licytowany będzie od 4,5 tys. zł (na zdj.). Sama ilustracja pochodzi z jednego z ówczesnych czasopism — nie zaprojektowano tego pejzażu na potrzebę emisji — ale dla kolekcjonera ma to i tak mniejsze znaczenie niż rozbuchany na tym rynku pedantyzm.

— W porównaniu z banknotem monetę bardzo łatwo jest utrzymać w nienaruszonym stanie, natomiast na papierze każde zgięcie, przybrudzenie, a nawet wywinięcie rogu już dyskwalifikuje egzemplarz ze stanu pierwszego. Przed zakupem banknotu kolekcjonerzy sprawdzają zwykle bardzo dokładnie jakość papieru, jego sztywność i ogólną prezencję, do tego stopnia, iż prześwietlają papier w celu sprawdzenia zagięć i złamań. Z uwagi na konieczność zabezpieczania banknotów prezentowana pięćdziesięciozłotówka przechowywana jest w gradingu, a nie ma na to lepszego sposobu niż sztywne, hermetycznie zamknięte opakowanie — podkreśla Michał Niemczyk.

Na rynku numizmatów grading jest tak samo ważny jak rating dla kraju, bo wystawia go uznana zagraniczna instytucja, która ocenia stan zachowania i od razu umieszcza egzemplarz w specjalnym foliowym opakowaniu. Pięćdziesięciozłotówka jest nienaruszona, więc ma najwyższą notę na świecie, dlatego w katalogu opisano ją jako „dla najbardziej wymagających”. Rekin, którego myśli uciekają właśnie w rozterkę, czy druk gazety nie brudzi czasem jego palców, wie już, że może trafił na inwestycję, na której da się zarobić pedantycznie, na czysto.

 

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Wall Street: dukat nie śpi