Finlandia geograficznie leży bardzo blisko Polski, ale realnie ostatnio znacznie dalej, niż Islandia, o Irlandii nie wspominając. Fiński rynek pracy otwarty jest od dwóch lat, ale tłumnie tam nie walimy — w tej chwili liczba zatrudnionych Polaków wynosi kilka tysięcy. Głównym powodem małej popularności Finlandii są wysokie koszty utrzymania, czyniące zarobki niezbyt konkurencyjnymi. Dochodzą bariery kulturowe i językowe, chłodniejszy klimat etc. Notabene przebieg konferencji prasowej po rozmowach premierów dowiódł, że w centrum fińskiego zainteresowania Polską znajdują się obecnie nie stosunki obu państw, lecz nasza wewnętrzna sytuacja polityczna.
Wypada przypomnieć, że w drugim półroczu 2006 r. Finlandia sprawowała prezydencję Unii Europejskiej. Trafił się jej unijno-azjatycki szczyt ASEM w Helsinkach oraz nadzwyczajny szczyt energetyczny w Lahti z udziałem prezydenta Putina. Generalnie jednak nie miała szans udźwignięcia ciężaru odpowiedzialności za traktat konstytucyjny i w styczniu 2007 r. z ulgą przekazała cały ten pasztet Niemcom — z wiadomym skutkiem. Finowie są politycznie nadzwyczaj spolegliwi, więc nic dziwnego, że na przykład w kwestii gazociągu z Rosji do Niemiec, wchodzącego do wód Bałtyku tuż przy ich granicy, zachowują wstrzemięźliwość i taktycznie zapominają o swojej trosce o naturę. W tym kontekście łatwiej zrozumieć, czemu fińskie społeczeństwo ostatnio postrzega Polskę jako tzw. trudnego członka Unii Europejskiej.
Jeszcze jeden fiński wątek jest bardzo interesujący z polskiego punktu widzenia, w perspektywie hipotetycznego rozwoju sytuacji po wyborach. Finlandia to jedno z nielicznych państw UE z silną — chociaż znacznie osłabioną w konstytucji z roku 2000 — pozycją prezydenta. Podobnie jak w Polsce jest on — obecnie ona, pani Tarja Halonen — zwierzchnikiem sił zbrojnych, gwarantem bezpieczeństwa etc. Ponieważ jednak kraj nie należy do NATO, jedynym międzynarodowym forum, na którym prezydent może realizować swoje konstytucyjne uprawnienia i polityczne ambicje, pozostają szczyty UE. Ale premier nie chce być gorszy i, w związku z tym, na posiedzeniach Rady Europejskiej fińska reprezentacja jest podwójna. W terminologii dyplomatycznej zyskało to miano „syndromu dwóch nakryć” na obiadach głów państw i szefów rządów. W polskiej praktyce taki problem nie występował (poza dwoma epizodami — Ateny 2003 i Dublin 2004, gdzie Leszkowi Millerowi wprosił się Aleksander Kwaśniewski) i dzisiaj nie występuje, jako że bracia Kaczyńscy się wymieniają. Ale po wyborach…
Jacek Zalewski