Dawno nie było takiej okazji do śrubowania ceny emisyjnej przy wejściu na GPW. Ale uwaga — to się może źle skończyć.
Koniunktura na rynku pierwotnym jest tak dobra, że inwestorzy biorą wszystko, a zapisy są redukowane nawet o ponad 90 proc. Wygląda na to, że spółki wchodzące na GPW nie wykorzystują okazji, by ściągnąć z rynku więcej pieniędzy, a doradcy i oferujący nie odrabiają lekcji, dopuszczając do tak wielkich redukcji. Dlaczego tak się dzieje, zapytaliśmy przyszłych debiutantów, doradców oraz przedstawicieli biur i domów maklerskich, których gościliśmy w redakcji „PB”.
— Nic bardziej błędnego. Można oczywiście wykonać jednorazowy skok na kasę, ale z reguły takie spółki źle kończą — twierdzą specjaliści, którzy tym razem doradzali spółkom w drodze „Z Pulsem na giełdę”.
Okazuje się, że spółkom zależy na udanej emisji, ale nie za wszelką cenę.
— To, czy w emisji pozyskamy 95 czy 100 mln zł, tak naprawdę nie ma znaczenia. Najważniejszy jest udany debiut, dobra giełdowa historia spółki i zaufanie inwestorów — mówi Jacek Studencki, prezes Techmexu.
Techmex, który za chwilę zadebiutuje na GPW, ustalił cenę za swoje akcje dokładnie w środku widełek. W transzy dla inwestorów kwalifikowanych zapisów było ponad sześć razy więcej niż akcji. Zapisy na inwestorów indywidualnych zostaną zredukowane o 90 proc.
Kosztowne błędy
Najprostszy błąd, przez który spółka może pogrzebać szanse na udany debiut, to ustalenie zbyt wysokiej ceny emisyjnej.
— Żyłowanie ceny nie ma sensu. Od zakończenia emisji do debiutu może np. pogorszyć się koniunktura na rynku, przez co debiut może być klapą. To się potem ciągnie za spółką i obniża jej wiarygodność — uważa Jarosław Deryło z CA IB Financial Advisers.
Przyszłym debiutantom dobrych rad udzielał też prezes Techmexu, którego oferta publiczna zakończyła się w ubiegły piątek.
— Musicie państwo zrozumieć, że czym innym jest sprzedaż produktów firmy klientom, a czym innym akcji inwestorom. W tym drugim przypadku sama spółka staje się towarem, musicie więc przekonać inwestorów do kupna części waszego biznesu — zauważył Jacek Studencki.
Zdaniem ekspertów, którzy brali udział w siódmej już debacie z cyklu „Z Pulsem na giełdę”, lepiej jest ustalić cenę na niższym poziomie, by inwestorzy mogli na debiucie osiągnąć godziwy zarobek. Ewentualna klapa w debiucie to katastrofa dla spółki — inwestorzy zrażą się do takiej firmy, a historia giełdowej kariery będzie już na starcie obarczona piętnem porażki.
Czas to pieniądz
Dobrą koniunkturę na rynku pierwotnym warto jednak wykorzystać.
— Nie ma na co czekać. Trzeba się spieszyć i jak najszybciej zabrać się do przygotowania emisji. Rynek jest rozgrzany, a to sprzyja korzystnej sprzedaży akcji na rynku pierwotnym. Nie ma jednak uniwersalnej recepty na sukces. Każda spółka jest inna, a właściwe przygotowanie oferty wymaga trochę czasu. Lepiej go nie marnować — radziła Maria Dobrowolska, prezes Izby Domów Maklerskich.
Rzeczywiście, patrząc na coraz wyższe stopy redukcji zapisów — począwszy od debiutu ZM Duda w 2003 r. na DGA i Techmeksie kończąc — widać, że inwestorzy spragnieni są nowych ciekawych inwestycji. Ale wszystko do czasu.
— Ostatnie emisje rozchodziły się na pniu, ale będzie tak aż któraś oferta się nie sprzeda. Wtedy kolejnym firmom już dużo ciężej będzie wejść na rynek — zauważył Jacek Radziwilski, dyrektor zarządzający w CDM Pekao SA.
W drodze po kapitał
Na spotkaniu w „PB” zarząd Travelplanet, internetowego biura podróży, już oficjalnie oznajmił, że idzie na GPW i rozpoczął współpracę z IDM przy konstruowaniu oferty.
— Nie interesuje nas tzw. skok na kasę. Travelplanet to nasze dziecko, kapitału nie potrzebujemy dla siebie, lecz do dalszego rozwoju spółki — zapewniali Piotr Multan i Tomasz Moroz, prezes i wiceprezes spółki.
Doradcy są zgodni, że nie ma przeszkód, by przeprowadzić ofertę spółek, które na pierwszy rzut oka prowadzą dość egzotyczne biznesy, jak np. internetowego biura podróży czy szpitala. EuroMediCare, które prowadzi prywatny szpital we Wrocławiu, bierze pod uwagę kilka wariantów pozyskania kapitału, w tym także giełdę. Dużym plusem firmy jest — paradoksalnie — współpraca z Narodowym Funduszem Zdrowia (NFZ).
— W powszechnej opinii prowadzenie szpitala w ogóle nie jest biznesem. Tymczasem jest odwrotnie. Dzięki NFZ z góry wiemy, jaka mniej więcej w danym roku będzie sprzedaż naszych usług. Pogarszający się stan publicznej opieki zdrowotnej to szansa dla prywatnych placówek — przekonywał Jarosław Leszczyszyn, współwłaściciel Euromedicare.
Liczy się biznes
Bogdan Małachwiej, prezes fir- my doradczej Corvus, uważa, że na giełdzie można sprzedać dosłownie każdą firmę, mniejsza o branżę.
— Liczy się pomysł na biznes i sposób jego realizacji. Inwestorzy patrzą, czy jest dochodowy i czy tworzy wartość dla akcjonariuszy. Proszę spojrzeć na LPP — mało kto wierzył, że to się sprzeda w ofercie publicznej. Udało się, a od debiutu kurs wzrósł grubo ponad 10-krotnie — zauważył Bogdan Małachwiej.
— Prywatny szpital to rewelacyjna sprawa. Pytanie tylko, ile kapitału spółka chce pozyskać. Jeśli niewiele, to może najpierw nawiązać współpracę z funduszem venture capital — zastanawiał się Jarosław Deryło.