Wiarus z Raiffeisena

Kamil Kosiński
opublikowano: 2008-10-21 00:00

ReportaŻ Śpi na słomie i nosi czapkę z witek brzozowych. Wszystko dlatego że jako bankowiec chciał walczyć lewakiem.

Austerlitz, Iława Pruska, Olszynka Grochowska, Samosierra — to tylko część szlaku bojowego Mariusza Łukasiewicza. W świecie biznesu odpowiedzialnego finansisty, dyrektora departamentu faktoringu i finansowania strukturyzowanego w Raiffeisen Bank Polska, który po pracy zrzuca garnitur i jako szeregowiec z 4 pułku piechoty Księstwa Warszawskiego przemierza pola bitew okresu napoleońskiego. Wraz z kolegami wspiera też powstańców z lat 1830-31.

— Maskujemy wtedy elementy stricte napoleońskie, na przykład dzięki założeniu pokrowców na czapki. Między okresem napoleońskim a powstaniem listopadowym krój munduru nie zmienił się bardzo, więc nasze stroje trzymają się w ogólnym klimacie epoki — mówi Mariusz Łukasiewicz.

Do grupy rekonstrukcji historycznej trafił trochę przez przypadek. Uczył się fechtunku. Nie sportowego kłucia ołówkami przez ludzi w piżamach z durszlakami na twarzach, tylko historycznego. Pełnego cięć i zasłon, w którym wykorzystuje się broń o kształtach z XVII i XVIII wieku, a celem jest całe ciało przeciwnika.

— Chciałem skonfrontować opisy pojedynków z książek historycznych z rzeczywistością. Szczególnie zależało mi na nauce walki rapierem. Jednocześnie z rapierem w drugiej ręce trzyma się krótki sztylet zwany lewakiem — wyjaśnia Mariusz Łukasiewicz.

W końcu nauczył się władać tylko szablą. W 2004 r. instruktor namówił go do odwiedzenia spotkania grupy odtwarzającej Legię Nadwiślańską.

— Po pewnym czasie w fechtunku historycznym zna się partnera tak, że niczym cię nie zaskoczy. Przystępując do grupy rekonstruującej okres napoleoński, myślałem, że będę miał okazję pofechtować z innymi ludźmi. Ale okazało się, że szeregowi żołnierze nie używają broni białej — opowiada Mariusz Łukasiewicz.

Na szlify oficerskie postanowił zaś poczekać.

— Znam człowieka, który od razu zrobił sobie mundur kapitański. Wyglądał ładnie, ale nie traktowano go poważnie — zaznacza bankowiec.

Choć postronnym grupa rekonstrukcyjna wydaje się po prostu kolorową zbieraniną, to osoby wcielające się w wyższe szarże powinny zachowywać się tak, jak zachowywali się prawdziwi oficerowie. Mają dowodzić. Bez znajomości komend i regulaminów z epoki trudno zaś sprawić, aby grupa ustawiona w staroświeckim szyku przesunęła się jak należy.

Krok za krokiem

Wyekwipowanie szeregowca nie jest prostsze od wyekwipowania oficera. A rezultat zapiera dech.

— Jakby zobaczył nas ktoś z tamtej epoki, to by powiedział, że jesteśmy genialnie wyposażeni. Wszytko na swoim miejscu i zgodne z regulaminem. Żołnierze Napoleona tak nie wyglądali. W trakcie wielomiesięcznych kampanii ich mundury się niszczyły. My wyglądamy, jakbyśmy świeżo wyszli z magazynów — podkreśla Mariusz Łukasiewicz.

Wyglądają elegancko, bo dbają o detale. Munduru w sklepie się przecież nie kupi. Rekrut dostaje listę kontaktów do zapaleńców, którzy mają fach w ręku, i zaczyna kompletować zestaw. Kto inny szyje spodnie i kurtkę, kto inny lederwerki (krzyżowane na piersiach białe pasy rzemienne do noszenia tornistra, ładownicy, tasaka i bagnetu), kto inny ładownicę, a kto inny epolety (ozdobne pagony) czy czapkę.

— Krawiec może uszyć kompletną furażerkę, ale ja mam na przykład czapkę pułku nadwiślańskiego, której częścią jest pasek z mosiężnych łusek na skórze, guzy z odlewami lwich głów i tzw. blacha czołowa, którą należało wytłoczyć w metalu wedle wzoru sprzed dwustu lat. Poza tym cała jest zszywana z witek brzozowych i dokoła ma jeszcze biały otok impregnowany wapnem — chlubi się Mariusz Łukasiewicz.

A przecież są jeszcze rogatywki czy bermyce z futra koziego, mającego imitować niedźwiedzie. Ładownice też miały różne detale i trzeba wiedzieć, jaki oddział które nosił.

— Jestem pełen podziwu dla tych, co przygotowują umundurowanie. Historię okresu napoleońskiego znam dość ogólnie. Wiem, kto z kim gdzie walczył, i tyle. A oni wiedzą, który guzik w jakim okresie jak wyglądał i w którym regulaminie był określony — wzdycha Mariusz Łukasiewicz.

Z guzikami jest problem. W trakcie rekonstrukcji biega się, wdaje w przepychanki, pada. I guziki się odrywają. A są wszędzie. Na getrach Legii Nadwiślańskiej jest ich 18. Cały mundur liczy około setki. Do tego mają nietypowy kształt. W oryginale grzybki są cynowe. Można je kupić po 8 zł za sztukę, ale bankowiec wolał dużo taniej nabyć w hurtowni podobne, wyklepywać je młotkiem i szlifować piaskiem aż do uzyskania oczekiwanej formy.

Satysfakcja? Na pewno, ale rekonstrukcje mają być nie tylko zabawą, ale też sposobem na przypominanie historii oraz wyrazem szacunku dla poświęcenia i patriotyzmu ludzi walczących o Polskę 200 lat temu. Dlatego odtwarza się nie tylko ubiór, ale również życie obozowe.

— Śpi się w napoleońskich namiotach na słomie lub sianie. Zrekonstruowałem sobie siennik, czyli płócienny worek z zatyczkami z patyków, do którego wpycham słomę. Przy gorszej pogodzie jest mało sympatycznie. Kiedyś burza zwaliła nam namioty i aby się ogrzać, przez całą noc w mokrych mundurach staliśmy przy ognisku — opowiada Mariusz Łukasiewicz.

Osuszyć trzeba było nie tylko mundur, ale też broń. Bo co to za żołnierz bez karabinu? Najlepiej strzelającego prawdziwymi kulami, a nie tylko z prostej atrapy, w której do lufy wrzuca się petardę.

Trupów nie będzie

W trakcie batalii poprzestaje się jednak na ładunku prochowym. Na wszelki wypadek.

— Strzelałem kulami na strzelnicy. Z 25 metrów trudno trafić w tarczę wielkości człowieka. Na siedem strzałów udało mi się raz. Ale taka to broń była w tamtych czasach. Lufy niegwintowane i pociski wylatywały z nich na wszystkie strony. Chodziło o to, by zasypać przeciwnika lawiną ołowiu. Nie była ważna celność, tylko masa — twierdzi Mariusz Łukasiewicz.

Karabin stanowi najtrudniejszą do zdobycia część ekwipunku. Popularne w Polsce produkty rodzimych lub czeskich rzemieślników kosztują tyle co mundur. Piękne repliki z Kanady czy Włoch mogą pochłonąć kilka razy więcej niż reszta wyposażenia. Tyle że karabin przyda się w każdym pułku, a w razie zmiany jednostki większość ekwipunku trzeba kompletować od nowa. Może więc lepiej nie dezerterować. n

Legenda polskiej bankowości

Imię i nazwisko naszego bohatera zna każdy menedżer polskiego sektora bankowego. Rzecz jasna, chodzi nie o pracownika Raiffeisen Bank Polska, lecz o Mariusza Łukasiewicza zmarłego w 2004 r. W 1991 r. założył on firmę Lukas, która szybko stała się czołowym graczem na rynku sprzedaży ratalnej i w 1998 r. przejęła Bank Świętokrzyski, przekształcając go w Lukas Bank. W 2001 r. twórca Lukasa sprzedał firmę Francuzom z Credit Agricole. W 2003 r. powrócił z nowym projektem — Euro Bankiem. Po przedwczesnej śmierci założyciela, w 2005 r., rodzina sprzedała 98 proc. akcji tej instytucji francuskiej grupie Société Générale.

Konto komórkowe

Wywodzący się z Austrii Raiffeisen Bank Polska rozpoczął działalność w 1991 r. Na rynek detaliczny wszedł w 2000 r. Dał się poznać jako jedyna instytucja poważnie stawiająca na obsługę kont przez telefon komórkowy. Usługi te — mimo że nowatorskie — nie podbiły jednak rynku.

Finansowy aspekt rekonstrukcji

2-4

tys. zł Tyle kosztują najczęściej spotykane w Polsce kopie karabinów prochowych z okresu napoleońskiego.

2

tys. zł Tyle powinno wystarczyć na skompletowanie munduru z tego okresu.

50

Kamil Kosiński