Wideo humbug

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2005-01-14 00:00

Prawo hazardowe tworzy się w Polsce pod dyktando „jednorękich bandytów”.

21. nowelizacja ustawy o grach losowych to majstersztyk: zapis o wideoloteriach — kij w mrowisko...

Gdy w 1992 roku uchwalono ustawę o grach losowych i zakładach wzajemnych, na łapówki dla polityków wydano około 2 mln zł! Kolejne nowelizacje były coraz droższe. Eksperci Banku Światowego w pamiętnym raporcie o korupcji w Polsce pisali, że ta z roku 2000 kosztowała prawie 13 mln zł!

22 lutego 2002 r. do Sejmu wpłynął rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o grach losowych, zakładach wzajemnych i grach na automatach. Uchwalono ją 10 kwietnia, ogłoszono 15 maja, a weszła w życie 15 czerwca 2003 roku. Tym razem na „zbożny” cel przeznaczono — podała „Gazeta Wyborcza” — ponad 20 mln zł (bardziej zorientowani twierdzą: dwa razy tyle). To — dotychczas — najdroższa, ale i najbardziej pechowa nowelizacja.

Była 21. zmianą w polskim prawie hazardowym! Nazwano ją „feralnym oczkiem”, bo sprowokowała aferę tzw. jednorękich bandytów. Chodziło m.in. o formę legalizacji automatów niskohazardowych i obłożenie ich niezmiernie niskim podatkiem ryczałtowym (50 euro).

Rozpętała się burza. Media grzmiały: o automatowych wojnach i związkach sportu z hazardem i polityką. Gdańska prokuratura wszczęła śledztwo, w którym przewijał się wątek korupcji lidera SLD, Jerzego Jaskierni. Po kilku miesiącach sprawa zeszła na boczny tor.

Od uchwalenia pamiętnego oczka minęło już ponad półtora roku. Hazardowi lobbyści znów zaczynają naciskać. Dysponują potężnym orężem — drogocenną nowelizacją. Jedna z osób, która uczestniczyła w jej tworzeniu, twierdzi, że jeszcze sporo wody w Wiśle upłynie, nim na jaw wyjdą wszystkie „myki”, zapisane w tym legislacyjnym majstersztyku, pozorowanym na bubel prawny.

Dr Mirosław Roguski, prezes zarządu Totalizatora Sportowego (TS), uważa, że na pełne poznanie kulis afery i ostateczne jej rozwikłanie potrzeba z 10 lat! Dlatego proponuje, by najpilniej zająć się najbardziej dla niego palącym i aktualnym wątkiem: skomasowanym atakiem lobbystów na TS.

W Totalizatorze słychać sugestię — a prezes Roguski nie zaprzecza — że prym wśród nich wiedzie Sławomir Sykucki, były prezes TS (obecnie zarządzający spółką Elektrim Megadex).

— Dlaczego Pan dręczy Totalizator Sportowy?

— Ale proszę pana! Co ja mogę? Do centrum im wejdę, napluję w komputer? Robię energetykę! Zasuwam jak mały Kazio, nie mogę spiąć budowy bloku energetycznego — największej inwestycji w Polsce...

— A wideoloterie?

— Są źle skonstruowane...

— Totalizator może w to wejść?

— Może. Tylko się nie opłaca.

— Jak to nie?!

— Nie wiadomo od czego naliczać dopłatę. Od wrzutu? To chore!

— Dlaczego?

— Zasłona dymna dla lewych automatów...

— Może ustawodawcy zapłaciły dwie grupy lobbingowe? Jedna za automaty, druga za wideoloterie...

— Kto by zapłacił za państwowych? Jest taka — nieprawdziwa! — teoria, że pracuję dla Greków. Oświadczam, że nigdy dla nich nie pracowałem. Pan wierzy, że Sykucki Sławomir pozwoliłby tak spier... ustawę? Takie zapisy porobić, żeby nie wiedzieć, jakie podatki płacić? Gdybym załatwiał sprawę, to by było na tip-top! Grecy by coś z tego mieli, a tak — mają umowę z Polskim Monopolem Loteryjnym. Pięknie?! Może pan wyłączyć dyktafon? Parę rzeczy powiem...

Mój Miller

O co chodzi?

— Ktoś ciągle mąci. A w mętnej wodzie najlepiej się ryby łowi — przekonuje Tomasz Halimoniuk, prezes Pollotu — spółki, reprezentującej w Polsce interesy greckiego Intralotu.

Wie, co mówi. Od ponad dziesięciu lat tkwi w branży hazardowej. Swego czasu lobbował na rzecz amerykańskiej firmy AWI, startującej w przetargu na operatora lottomatów dla Totalizatora Sportowego. Potem wspierał działania spółki PGS (podpisała umowę z Polskim Monopolem Loteryjnym na wprowadzenie w Polsce wideoloterii). W efekcie Halimoniuk zasiadł w zarządzie PGS. Po rozstaniu PGS z PML odnalazł się w roli prezesa Pollotu — firmy, która przejęła zerwany kontrakt.

— Kto czerpie największe korzyści z hazardu w Polsce?

— Ci, co mają nielegalne automaty. Było ostatnio głośno o Fundacji Bezpieczna Służba, że mieli? „Słowik” zeznał, że miał? „Masa” też swoje powiedział... Gdzie nie dotkniesz, automaty coś finansowały. Ktoś sprytnie miesza na tym rynku. Znam wszystko z opowieści Ryszarda Naleszkiewicza, byłego prezesa Polskiego Monopolu Loteryjnego. Dużo wie, jest rozżalony, będzie mówił — poleca prezes Pollotu.

Ryszard Naleszkiewicz to na lewicy jedna z wpływowych, lecz pozostających w cieniu postaci. Do niedawna zasiadał w radzie nadzorczej Orlenu. Mówi się, że zaproponował Jacka Walczykowskiego na stanowisko prezesa. Spotykamy się 18 grudnia 2004 r. w warszawskim hotelu Gromada przy ul. Żwirki i Wigury. Za oknami: „KGB! KGB!” — protestuje Młodzież Wszechpolska. Wewnątrz warzy się we własnym sosie SLD. Trwa „krajówka”. Jak w kalejdoskopie przewija się plejada gwiazd ostatnich afer. Przy kawiarnianym stoliku Ryszard Naleszkiewicz zaczyna:

— To gigantyczny humbug!

Mówi, że wszedł w interes jako człowiek zupełnie nowy. 7 marca 2002 roku nagle okazało się, że rządowy projekt ustawy — stworzony w Ministerstwie Finansów — zakłada wprowadzenie automatów niskohazardowych — bez homologacji i delegalizacji obecnie istniejących! — oraz opodatkowanie ich podatkiem ryczałtowym.

Dygresja.

— Pamięta pan, jak Al Capone prał pieniądze w Nowym Jorku – tzw. chińskie pralnie? Pralnię można było bez problemu otwierać — i bez względu na obrót Chińczyk płacił podatek zryczałtowany, taki sam od każdej pralni. Capone kupił kilkaset pralni, zwolnił ludzi i pozamykał je. Co miesiąc odprowadzał podatek zryczałtowany. I wykazywał obroty! Obrotów faktycznie nie było, a on odliczał sobie zysk. Dolary z hazardu, prostytucji i wódy były czyste, bo opodatkowane. I teraz co zrobi mafijny właściciel legalnego automatu niskohazardowego? Otóż on go wyłączy z prądu, a właścicielowi w bufecie powie: jak mi to uruchomisz, to cię spalę. Będzie płacił 50 euro miesięcznie i wykazywał, że automat działa. Po odliczeniu „wygranych” przyniesie mu 15 tys. zł miesięcznie. Niech pan to pomnoży przez 100 tys.! — trzęsie się Naleszkiewicz

— Banalnie proste.

— Ale minister Raczko nie mógł zrozumieć, jak można prać pieniądze na automatach! Twierdził, że automaty mają liczniki. Czyżby nie wiedział, że nowelizacja nie nakłada obowiązku ich montowania?

Wracamy do ustawy. Były prezes PML wspomina początek września 2002 roku: „w Sejmie zaczynają się dziać dziwne rzeczy”. Mówi, że wyczuwało się, jakby niewidzialnej ręce zależało, by zdołować wideoloterie — w projekcie pojawia się zapis o ich chorym opodatkowaniu...

— Za poprzednich rządów SLD byłem najbliższym człowiekiem Millera: głównym doradcą w ministerstwie pracy, szefem Departamentu Doradców w Urzędzie Rady Ministrów, szefem zespołu osobistych doradców w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. Uczestniczyłem w kreowaniu postaci kanclerza! Nie mogłem uwierzyć, że Leszek dopuści do czegoś takiego! W październiku 2002 r. napisałem do niego prywatny list, szczerze ostrzegając przed grupą, która działa na korzyść prywatnego hazardu. I zostałem zlekceważony... Mój ukochany Miller nie odpowiedział. Nie wiedziałem, co się dzieje. Koledzy mówili: załatwimy, załatwimy, nie bój się... Pół roku rozmawiałem z Jerzym Jaskiernią. Myślałem, że zablokuje szwindle. Być może trafiłem pod najgorszy z możliwych adresów... Pan poseł Wikiński dostał przy mnie od Jurka polecenie zajęcia się sprawą. I nic! Moja działalność okazała się działalnością ciężkiego frajera — naiwniaka, który nie wie, z kim walczy. List ujawniono rok później w „Rzepie”. Podobno dziennikarz kupił kopię za 500 zł od pracownika administracyjnego Ministerstwa Finansów. To są źródła przecieków! Szeregowi urzędnicy, którzy dostają państwowej pensji 900 zł na rękę i za 500 zł ciotkę by sprzedali!

Naleszkiewicz w liście z 3 października 2002 pisał m.in.: „Szanowny Panie Premierze! Prace nad nowelizacją ustawy o grach losowych przebiegają w bardzo „specyficznym” trybie. (...) Legalizuje się na „dziwnych” warunkach prywatny czarny biznes hazardowy. Argumentem »za« ma być wciągnięcie go do systemu podatkowego. Jednakże równocześnie ustala się wprowadzenie ryczałtu podatkowego na bardzo niskim poziomie. Pomija się fakt praktycznej niemożliwości kontroli rzeczywistego obrotu automatów prywatnych (ustaloną maksymalną stawkę gry można obchodzić w dziecinny sposób, grając wielokrotnie). (...) Istnieje obawa, że po uchwaleniu ustawy o tych preferencjach opozycja i większość prasy zaatakuje rząd i SLD za rozwijanie niekontrolowanego prywatnego hazardu kosztem wpływów skarbu państwa oraz za umożliwienie prania pieniędzy w prywatnym hazardzie”.

Branżowa intuicja

O co idzie gra?

Wideoloterie (VLT — video lottery terminals) stanowią nową jakość w świecie hazardu. Od strony technicznej przypominają powszechnie znane automaty do gier, ale połączone są w sieć o ogólnokrajowym zasięgu. Mogą oferować wysokie wygrane (przez kumulację stawek z tysięcy terminali), łącząc zalety automatów i loterii.

Z raportu sporządzonego na zlecenie Totalizatora Sportowego „Informacja na temat funkcjonowania wideoloterii (Materiał do użytku wewnętrznego)”: „Dochodowość wideoloterii jest ponad 3-krotnie wyższa od tradycyjnych gier. Wprowadzenie tych gier wydaje się jedną z najbardziej korzystnych inwestycji dla Totalizatora Sportowego. Okres przygotowawczy nie powinien być zbyt długi ze względu na możliwość przeciwdziałania ze strony lobby związanego z automatami do gier. Po wprowadzeniu wideoloterii należy liczyć się z niszczeniem terminali i niezbyt pochlebnymi artykułami w prasie o wprowadzeniu uzależniających gier wideo. W kilku krajach takie działania uniemożliwiły wprowadzenie wideoloterii na rynek, poprzez zablokowanie loterii państwowych. (...) Należy się liczyć również z ograniczeniem nielegalnego hazardu na automatach do gier i wypieraniem ich z rynku (w ciągu 2-3 lat powinny zostać wyparte całkowicie). Obecnie PML, podobnie jak Totalizator Sportowy, stara się o możliwość prowadzenia wideoloterii. Należy się spodziewać ostrej konkurencji ze strony Polskiego Monopolu Loteryjnego, ze względu na wejście w alians z greckim Intralotem”. Choć dokument nie jest opatrzony datą, to z zapisów w nim zawartych można śmiało wnioskować, że powstał po 15 czerwca 2003 r.

Pod koniec roku 2004 w TS sporządzono inny raport „Wyniki spółki Totalizator Sportowy w latach 2002-04”. I on nawiązywał do problemów z lobbingiem wewnętrznym, tym razem na rzecz kolejnej nowelizacji ustawy o grach losowych, która wyłączyłaby z monopolu państwa wideoloterie lub zmusiła Totalizator Sportowy do natychmiastowego zainwestowania w system loterii wideo. Gra warta świeczki, bo — według wstępnych szacunków — TS musiałby na ten cel przeznaczyć 256--320 mln zł! Wyliczenia dotyczą sprzętu nabytego przez przedsiębiorstwo państwowe w drodze przetargu. W przypadku braku środków własnych Totalizator musiałby zaciągnąć kredyt, co podniosłoby koszty inwestycji o dodatkowe 20 mln zł rocznie (przez prawie 5 lat).

Zdesperowany Mirosław Roguski czuje się poganiany, by natychmiast wejść w wideoloterie albo jednoznacznie stwierdzić, że nie jest nimi zainteresowany. Tymczasem przerażają go koszty. Nie tylko te finansowe, przede wszystkim... społeczne! Automaty do gier wideo uzależniają! Prezes nad wyraz uważnie eksponuje tę piekielną wadę wideomaszyn. Wreszcie ujawnia, że krąg osób i formy nacisku są identyczne jak te, które były stosowane przed zmianami w ustawie.

— Kto konkretnie?

— Są dwa źródła. Albo ktoś, kto ma technologię i chce ją sprzedać, albo operator, który chce wejść i konkurować z nami pod szyldem innej firmy — odpowiada enigmatycznie prezes Roguski.

— Z której strony czujecie największe ciśnienie?

— Jest dziwna izba gospodarcza, która — pozornie — lobbuje za automatami. Według mnie chodzi im o wideoloterie. No i pewien prowincjonalny senator...

— Nie posłowie?

— Po sprawie Jaskierni wycofali się. Przecież Gruszka, Kubik i Pęk musieli się przed mediami tłumaczyć. Pani poseł Błochowiak też już się nie wypowie.

W końcu doktor Roguski skarży się otwarcie na senatora Władysława Mańkuta (SLD). Jego działania (bezpodstawne donosy kierowane do Ministerstwa Finansów, Państwowej Inspekcji Pracy i Najwyższej Izby Kontroli) doprowadzają go do szewskiej pasji. Prezes Totalizatora uważa, że za złośliwościami Mańkuta stoi Sławomir Sykucki...

— Dlaczego miałby to robić?

— Bo cały czas jest w biznesie — nie ma wątpliwości szef Totalizatora.

— Ma firmę?

— On stoi za PML, za dystrybucją.

— Za Grekami?

— Nie wiem, czy panu coś mówi nazwisko Prochowski? Wywrócił pół AWS! Na polecenie kolegi Sykuckiego jeździł do Grecji, żeby ściągnąć Intralot. Jestem nowy w branży. Ale kolega Sykucki... Tej branży się nie opuszcza.

— Macie dowody?

— Czujemy to intuicyjnie.

— Wyczuć intuicyjnie to nie problem...

— Będziemy się bronić! Nikt nas nie zmusi do tego ruchu! Po doświadczeniach różnych komisji śledczych muszę patrzeć, czy mi się zgadza rachunek ekonomiczny. Dopóki mi się nie będzie zgadzał, decyzji nie podejmę — wolę odejść. Nie mogę ryzykować setek milionów złotych — złości się Mirosław Roguski.

Rozmowie przysłuchiwał się pan Robert — ekspert od twardego hazardu. Prezes TS poprosił, by w razie potrzeby korygował jego wypowiedzi. Czasem się wtrącał, wreszcie zapytał: „Można zatrzymać dyktafon”?

Sfera domniemań

Izba Gospodarcza Producentów, Operatorów Urządzeń Rozrywkowych, zrzeszająca 90 proc. podmiotów na rynku automatów niskiej wygranej (obecnie 22 firmy), zorganizowała 8 grudnia 2004 r. konferencję prasową. Przemawiali prezes izby Stanisław Matuszewski i Dominik Michael, jednocześnie rzecznik prasowy i członek zarządu izby.

— 15 grudnia mija półtora roku od nowelizacji ustawy o grach losowych. Moje pytanie: dlaczego od tamtej pory pracuje tylko 7 tys. automatów o niskiej wygranej? Z naszej strony jest pełny zapał i chęci! Ale Departament Gier Losowych w Ministerstwie Finansów, a szczególnie dyrektor Marek Oleszczuk, sabotuje nasze starania! Jeżeli do końca 2004 roku działałoby 50 tys. automatów, to wpływy do budżetu wyniosłyby 200 mln zł z tytułu samego podatku ryczałtowego! — grzmiał prezes Matuszewski.

Jeden z dziennikarzy zapytał:

— Pan wie, my wiemy, wszyscy wiedzą, że akurat w segmencie automatów o niskiej wygranej bardzo dobrze się porusza półświatek, mafia czy — jak kto woli — podziemie gospodarcze. Czy panowie, jako producenci i importerzy tych urządzeń, nie lobbujecie na rzecz prania brudnych pieniędzy?

— Nie ma takiej możliwości. Temu mądremu, który wskaże, jak na takim automacie wyprać pieniądze, izba ufunduje wysoką nagrodę. Mówię to oficjalnie! — zawołał Dominik Michael.

— Ile pan proponuje? — rzucił ktoś z Sali.

— 20 tys. zł! Prezes podtrzymuje? — zapytał podekscytowany rzecznik

— Tak. Bo to niemożliwe! Raporty, plomby, ewidencja. To branża, która obok rynku paliw i alkoholu podlega szczególnemu nadzorowi podatkowemu — wyjaśniał Stanisław Matuszewski.

A Dominik Michael wrócił na chwilę do grup przestępczych.

— Mamy około 7 tys. automatów działających zgodnie z ustawą, reszta jest poza kontrolą. Nie wiem, co tam się dzieje. Dowiaduję się z prasy, że izby skarbowe robią kontrole, rekwirują automaty. My temu przyklaskujemy! Nie po naszej stronie leży wina — tłumaczył się.

Nieco inną opinię można jednak usłyszeć w Departamencie Gier Losowych i Zakładów Wzajemnych Ministerstwa Finansów. Dyrektor Marek Oleszczuk zauważa, że w jego departamencie złożono około 11 tys. wniosków, z czego ponad 9 tys. już jest rozpatrzonych pozytywnie. Na resztę potrzeba minimum miesiąca.

— Gdzie pozostałe 50 tys.? Dlaczego nie są zgłaszane do rejestracji?! Czy to nie przypadkiem tworzenie pozorów legalności? Sprowadza się do tego, że zezwolenie na działalność jest wydane i czeka się na te „cholerne papiery”, podczas gdy faktycznie automaty działają. Potwierdzeniem tych przypuszczeń jest chociażby fakt wystąpienia Izby Celnej w Katowicach, która informuje, że w czasie kontroli u osób posiadających świadectwa zawodowe i pozwolenia wykryto działalność sprzeczną z przepisami ustawy. Inaczej mówiąc: eksploatują automaty nielegalne! — krzyczy do słuchawki rozsierdzony dyrektor.

— Może komuś chodzi o odwrócenie uwagi od faktycznych celów?

— To może być związane z kwestią przeregulowania rynku w obrębie innych sektorów. Bardzo możliwe. Na pewno to działania zamierzone.

— Nie może Pan mówić, czy nie chce?

— Prawdopodobnie pan się nie myli... Tak naprawdę nie do końca wiem... Może to być próba sił między potencjalnymi operatorami, czy osobami zainteresowanymi takimi czy innymi efektami na rynku. Ale muszę to pozostawić w sferze domniemań. W tej całej sprawie pojawia się wątek personalny...

— Nie chciał Pan czegoś podpisać?

— Niech pan sobie sprawdzi skład zarządu tej izby... W stosunku co najmniej do trzech osób wydałem decyzje niekorzystne z punktu widzenia oceny ich działalności. Dały one podstawy do wszczęcia postępowań karnoskarbowych, zakończonych orzeczeniami NSA korzystnymi dla ministerstwa. Dla mnie jest zupełnie czytelne i zrozumiałe, dlaczego nie jestem ulubieńcem tych osób. Powody mogą być też inne... W grę mogą wchodzić dodatkowe elementy, o których po prostu nie mogę mówić. Mam jednak za mało danych, żeby ten temat rozwijać — ucina Oleszczuk.

Na haku prezesa

Sławomir Sykucki to równy gość. Chętnie pogada. Przed spotkaniem rozmawiał ze starym znajomym. Poskarżył się mu, że mija pięć lat odkąd nie jest prezesem TS, a chłopaki z Totalizatora ciągle mają jego kompleks. Kumpel polecił mu lekturę zeznań Wiesława Kaczmarka przed komisją orlenowską.

Chodziło mu konkretnie o fragment, gdzie Kaczmarek mówi: „Gdybym ja miał kogoś kwalifikować do grupy hakowej, to na pewno prezes państwowego przedsiębiorstwa do tej grupy należy; mówię o Totalizatorze Sportowym. To wszystko jest środowisko łódzkie, no, mówiąc wprost i nazywając sprawę po imieniu”. Sykucki mówi, że Kaczmarek zrobił na nim wrażenie i w tej sytuacji chętnie stanie twarzą w twarz z prezesem Roguskim.

— Można o mnie wszystko powiedzieć, ale ja się na tych grach znam. Możemy dyskutować... Powiem mu, że robi błąd. Rozumiem, że Pan Roguski ma swój wiek, fucha jest fajna — bez specjalnych stresów. Ale nie o to chodzi w hazardzie. Ja wiem, gdzie są przekręty, ale nie będę mówił, bo nie jestem od zbawiania świata — wali otwartym tekstem.

Mirosław Roguski zbył propozycję Sławomira Sykuckiego krótkim:

— Nie mamy o czym rozmawiać.

Były prezes Totalizatora spodziewał się takiego obrotu sprawy. W siedzibie Megadexu na warszawski Żoliborzu jest już trochę mniej wyluzowany. Twierdzi, że dotarły do niego sygnały z Totalizatora, że ten tekst jest już i tak „ustawiony”, więc rozmowa straciła sens, ale niech tam — skoro się już spotkaliśmy...

— Mówią, że jestem zły? Kiedy w 1996 r. wprowadzałem multilotka, średnia płaca wynosiła 873 zł, dzisiaj jest to 2,2 tys, a multilotek jest ciągle za 1 zł i można wygrać 100 tys. zł. Co to dzisiaj jest?! Trzeba walić w grającego! Jest za tanio! Powinni natychmiast podnieść ceny transakcji. Obrót im spadnie, ale tylko na chwilę — radzi Sławomir Sykucki.

— A powinni wchodzić w wideoloterie?

— Nie. Bo nie przypilnowali ustawy, a minister finansów spieprzył! Totalizator tego nie zrobi, a PML? Jak chce pan przyjąć ze mną zakład wódczany, to go za pół roku nie będzie. Grecy wyjdą z Polski.

— To prawda, że Intralot to w rzeczywistości spółka rosyjska?

— Zapraszali mnie na rozmowy do Moskwy, więc coś w tym może być...

— A Naleszkiewicz dlaczego wyleciał?

— To było w zaciszu gabinetu. Zaczął mówić, napisał list do Millera. Pewnie za to...

— Jak by Pan podzielił grupy lobbingowe na polskim rynku?

— To musi pan znowu wyłączyć.

Po kilkunastu minutach spięty prezes pozwala nagrywać.

— Po Władysławie Jamrożym w TS pojawiła się postać prezesa Wacława Bilnickiego? Kto to?

— Służby... — szepcze Sykucki.

— Nikt o nim nie pamięta.

— Znaczy, wie pan... Nie pamięta... Pan wyłączy.

Mija kilka minut i znowu można nagrywać.

— Kwestia senatora Mańkuta...

— Nie jest pracownikiem Megadexu.

— Ale był.

— Był.

— I nie ma Pan nic wspólnego z jego działaniami?

Chwila konsternacji.

— Jeśli chodzi o hazard, nie mam nic wspólnego z jego działaniami. Ale wolałbym, żeby ktoś się bardziej zainteresował, czy ten Mańkut nie ma racji, niż tym, że pracował u Sykuckiego. A nawet gdyby? To co? Nie jestem obywatelem i nie mam prawa pójść do niego i powiedzieć: „Zajmij się pan tym, czy tamtym?”.

Narodziny kadłubka

Senator Władysław Mańkut złożył sześć hazardowych oświadczeń. Kilka dotyczyło warunków pracy w kolekturach Totalizatora Sportowego. Ale w jednym (z krótszych) pytał np. ministra finansów Mirosława Gronickiego: „Czy przepisy wyżej wymienionej ustawy, jak również kształtowana praktyka, dają podmiotom prowadzącym gry i zakłady wzajemne możliwość taką, aby przebieg jednostkowej gry był w jakimkolwiek stopniu odmienny od zapisanej charakterystyki gry wynikającej z ustawy lub regulaminu”? Senator zarzeka się, że więcej już się nie będzie interesował tym tematem, swój cel osiągnął, bo „kolektury na Żuławach otrzymały dodatkowe fundusze”. O co chodzi?

— Walczyłem, by im się żyło lepiej. Udało się. I tyle — wykręca się sianem zagadkowy senator.

Doktor Roguski na wieść o tym, że Mańkut się wycofuje, uśmiecha się pod nosem.

W Totalizatorze można słyszeć domysły: „Ich stresuje sprawa Ungiera. To ta sama grupa organizacyjna. Te same prokuratury wszystko umarzały”. Plotka? I inne dociekania o powiązaniach Sykuckiego ze Smolną, Juventurem, ZMS, Nurowskim... Prezes nie chce jednak roztrząsać tego wątku.

— A właściwie jaki interes miałby Sykucki w naciskaniu was? Kolejna nowelizacja?

— Jak otworzą kolejną nowelizację, wypuszczą wszystkie dżiny na nowo.

— Skąd się wzięły w ustawie krzywe zapisy o wideoloteriach?

— Zderzenie trzech nurtów. Nowelizacja — niósł ją minister Celiński — szła pod hasłem: dopłaty do kultury! W pierwotnym kształcie do załatwienia były jednak dwie sprawy: wzrost dopłaty z 20 do 25 proc. w grach liczbowych i ustalenie stawek dla automatów niskohazardowych. Później do tego dorzucono wideoloterie i telebingo. Skąd to się wzięło? W czasie dyskusji sejmowej „nasi” mówili: nie zwiększać dopłat! Grupa lobbystów od automatów niskohazardowych walczyła, żeby nie przyjmować propozycji rządowej, tylko projekt społeczny, którego autorami byli m.in. Gruszka, Pęk, Kubik... A PML z grupą swoich lobbystów walczyli o zalegalizowanie wideoloterii — wspomina Mirosław Roguski.

— A w której grupie był Sykucki?

— Według mnie — w tej trzeciej. Potem zaczęły się dyskusje publiczne o dopłatach. Ktoś nawet rzucił hasło (chyba z LPR?): dopłaty dajemy na wszystko! I wtedy powstał taki kadłubek, że dopłatą 10 proc. nie obłożono wszystkich gier, tylko te objęte monopolem i loterie pieniężne. PML protestował, my też. Bo to się wszystko nie składało.

Wykombinowani

Zdaniem Ryszarda Naleszkiewicza ustawa przeszła w najgorszej z możliwych wersji: wideoloterie zostały tak ustawione podatkowo, że są niejasne interpretacyjnie, a nielegalne automaty jak stały, tak stoją.

— A szef gangu pruszkowskiego przyznaje publicznie, że z automatów ma 2 mln USD miesięcznie. Fachowcy szacują, że w Polsce osiąga się miesięcznie około 10 mln USD ze 100 tys. nielegalnych automatów — żołądkuje się były prezes PML.

— Co dalej?

— Otóż wiceminister skarbu Józef Woźniakowski nagle stwierdził, że nie ma mowy, by dwie spółki TS i PML miały pozwolenie na gry liczbowe. Dlaczego? „Bo nie!” — usłyszałem od Woźniakowskiego. Potem przyszło od niego oficjalne pismo o połączeniu TS i PML. Było bezprawne! Nie było ani walnego zgromadzenia, ani rady nadzorczej, które zatwierdziły tę decyzję. Woźniakowski twierdzi, że zrobił to na polecenie premiera. Od strony prawnej, kodeksu spółek handlowych — to nic. Wszyscy prawnicy mi mówią, że to nieskuteczne. Kto za tym stał? Kto o tym zadecydował? To jedna z wielu decyzji, która nie ma nic wspólnego z prawem. I wciąż jest realizowana.

— W jakim sensie? Przecież nie doszło do połączenia...

— A czy on napisał, kiedy ma dojść? Nie!

Wyciąga z teczki dokument o nieszczęsnej fuzji, podpisany przez Józefa Woźniakowskiego

— Coś takiego zatwierdził, potem go wyrzucili, ale działa do dziś!

Pokazuje inne pismo.

— A za to poleciałem. Niech pan czyta!

„27 stycznia 2004 r. Pan Jacek Uczkiewicz — podsekretarz stanu, generalny inspektor Komórki Informacji Finansowej Ministerstwa Finansów. Ustawa o grach losowych i zakładach wzajemnych w art. 47a, ust. 1 pkt. 2. wprowadza do wideoloterii 10-proc. dopłatę od ceny losu lub innego dowodu udziału w grze. W programie automatu do wideoloterii za jedną wpłacona stawkę istnieje możliwość prowadzenia wielu gier, możliwość ta jest wyłącznie uzależniona od układów losowych. Regułą jest fakt, iż za wrzucenie dwóch złotych odbywa się gra. Załóżmy, że na ekranie ukazuje się komunikat, że gracz wygrał 20 zł i pytanie: czy grasz dalej? Gracz nie odbiera wygranej i gra dalej, inwestując swoje wirtualnie wygrane 20 zł np. w cztery gry. Można założyć, że w dwóch grach gracz wygrał 50 zł, a w dwóch przegrał posiadane wirtualne pieniądze. Znowu otrzymuje zapytanie na ekranie i znowu inwestuje owe 50 zł w cztery gry i tym razem przegrywa wszystko. Istnieje jednak pytanie jak obliczyć 10-proc. dopłatę? Można to zrobić: pobierając opłatę od pierwszych realnie wrzuconych 2 zł — równa się 20 groszy, później od wygranych wirtualnych 20 zł trzeba by zapłacić 2 zł, ale automat ich nie przyjmie ze względów technicznych, a na koniec trzeba jeszcze dopłacić 5 zł od wygranych wirtualnych 50 zł. Jeżeliby przyjąć te rozwiązania, gra kosztowałaby gracza 2 zł, plus 0,2 dopłata, plus 2 zł dopłata do wirtualnej wygranej, plus 5 zł dopłata od wirtualnej wygranej. W tym przypadku suma dopłat przekroczyłaby sumę stawki uczestniczącej w grze. (...) Mamy do czynienia z ewidentnym błędem ustawowym, który wykluczy w naszym kraju wprowadzenie systemu wideoloterii, a co za tym idzie, nie przyczyni się do powiększania wpływów budżetowych (...)”.

— Nieźle.

— To właśnie tzw. pomyłki prawne, które uniemożliwiają wprowadzenie wideoloterii... Widzi pan jak wykombinowali? Ale myśmy znaleźli sposób! To po prostu wymaga interpretacji ministra skarbu. Legalnej! Ustawa nakłada na niego obowiązek interpretowania ustawy o grach losowych. I o to właśnie poprosiliśmy dalej w tym piśmie! 12 dni to trawili między resortami! Po odwołaniu napisałem drugi list do premiera.

— Odpowiedział?

— Do dzisiaj nie! I teraz, jak się dalej rozwija sytuacja? Trwa śledztwo korupcyjne w prokuraturze okręgowej w Gdańsku. Byłem przesłuchiwany, wszyscy byli... Utknęło w martwym punkcie. Pani prokurator powiedziała mi otwartym tekstem: „Gdybyśmy robili to śledztwo we Francji, Niemczech czy Wielkiej Brytanii, bohaterzy pańskiej opowieści poszliby siedzieć! Oni wiedzieli, że nowelizacja działa na szkodę skarbu państwa. W starych demokracjach to by wystarczyło. Niestety u nas procesy poszlakowe są tylko w sprawach karnych. Żaden prokurator nie podpisze aktu oskarżenia, jeżeli nie ma dowodów”. Musiałbym przedstawić oczywisty dowód na łapówkę...