Wielka rzeka taniego mleka

Michalina SzczepańskaMichalina Szczepańska
opublikowano: 2015-06-25 22:00

I prywatnym źle, i spółdzielcom niedobrze, ale warto pocierpieć. Takie refleksje ma sektor mleczarski po trzech miesiącach od uwolnienia kwot

Uwolnienie kwot mlecznych, które nastąpiło w kwietniu tego roku, miało przynieść surowcowy boom, większą produkcję przetworów i obniżkę cen, która zachęci Kowalskiego do jedzenia większej ilości wyrobów mleczarzy i jeszcze mocniej popchnie eksport. Na razie spełnia się tylko prognoza spadku cen — i to niekoniecznie za sprawą zmian w organizacji europejskiego rynku mleczarskiego.

Surowca pod dostatkiem

Co więc zmieniło się od kwietnia?

— Produkujemy o około 8 proc. więcej niż rok temu o tej porze, bo więcej jest surowca. Zarabiamy jednak mniej. Z jednej strony mamy rolników, którzy przygotowali się do ataku rynku po jego uwolnieniu, a z drugiej — światowy dołek cenowy przetworów mleczarskich związany ze zbyt dużą globalną podażą — mówi Andrzej Grabowski, współwłaściciel Polmleku.

Edward Bajko, szef spółdzielczego Spomleku, jest z kolei przekonany, że dla prywatnych właścicieli mleczarni to bardzo korzystna sytuacja.

— Mają surowca pod dostatkiem, do tego jest tańszy — cena mleka jest o około 25 proc. niższa niż przed rokiem. Dla spółdzielni to sytuacja niekomfortowa, bo mniej płaci za dostawy swoim właścicielom — dodaje prezes Spomleku.

Tomasz Głasek, dyrektor handlowy Piątnicy, przyznaje, że za surowiec płaci tyle, ile przed uwolnieniem kwot, choć wie, że jest wyjątkiem. Dostrzega spore zmiany na rynku.

— Firmy konkurencyjne obniżają ceny i gdyby nie spora różnica w jakości, za którą konsumenci są skłonni zapłacić w przypadku naszych produktów, mielibyśmy problemy ze sprzedażą, bo cen nie obniżyliśmy — twierdzi Tomasz Głasek.

Nie ma tego złego

Edward Bajko przekonuje, że ostatecznie powinno wyjść to europejskim mleczarzom na zdrowie.

— Ta sytuacja w dłuższym terminie wymusi podniesienie efektywności, nie tylko polskich, ale też europejskich gospodarstw. UE na światowym rynku mleczarskim konkuruje m.in. z USA czy Nową Zelandią i nie stać jej na dopłaty do eksportu mleczarskiego przez kolejne lata. Musi stać się konkurencyjna, bo inaczej to inni będą eksportować do Indii czy Chin. Na pewno będzie to proces bolesny, ale ozdrowieńczy, bo na rynku zostaną najlepsze podmioty, będące w stanie walczyć z firmami z innych kontynentów jak równy z równym. Taki zamysł towarzyszył uwolnieniu kwot. Na pozytywne efekty musimy jednak poczekać kilka lat — mówi szef Spomleku.

Przyznaje jednocześnie, że polscy rolnicy nie są gotowi na dzisiejsze niskie ceny.

— Koszty produkcji to jedno, ale do tego dochodzą koszty obsługi kredytów zaciągnietych m.in. na maszyny dla gospodarstw. Przy dzisiejszych cenach rolnicy nie są w stanie zrekompensować sobie spadku większą skalą produkcji — tłumaczy Edward Bajko.

Dlatego też entuzjazm rolników mocno osłabł.

— Prognozy wskazywały na 7-procentowy wzrost krajowej produkcji mleka w tym roku, ale raczej tego poziomu nie osiągniemy. W pierwszym kwartale wyprodukowaliśmy niewiele ponad 1 proc. więcej, w drugim wzrost w niektórych gospodarstwach sięga 7 proc., ale w skali branży w całym roku realne jest 3-4 proc. — uważa Waldemar Broś, prezes Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich.

Pozycja negocjacyjna

Dobre ceny i rosnący popyt zachęcały w ostatnich latach do zwiększania produkcji mleka. Choć w UE obowiązywały limity, rolnicy przygotowywali się do liberalizacji i pomimo kar je przekraczali.

— Według różnych szacunków, będziemy musieli zapłacić 200-250 mln EUR kary za przekroczenie kwoty. Suma ta ma być rozłożona na trzy lata, ale to za mało. Rolnicy zamrozili inwestycje i czekają na poprawę koniunktury. W ten sposób ograniczono najaktywniejszych, którzy rozwijali się najbardziej dynamicznie. Problem dotyczy około 57 tys. ze 130 tys. czynnych producentów mleka — mówi Waldemar Broś.

Obecny kryzys cenowy to — zdaniem naszych przetwórców — skutek rozsądnego zagrania czołowego kupującego, czyli Chin.

— Produkcja rosła nie tylko w Europie, ale też w USA i Nowej Zelandii. Tymczasem w pierwszym półroczu tego roku Chiny kupiły połowę tego co rok wcześniej. Kluczowe pytanie brzmi: dlaczego? Wprawdzie dynamika wzrostu gospodarki jest tam niższa i były zapasy, ale być może Chiny wykorzystują też pozycję rynku, do którego pcha się cały świat, i czekają na jeszcze większy spadek cen. Z biznesowego punktu widzenia to logiczne zachowanie — podsumowuje Edward Bajko.