Każda z czterech sesji tego tygodnia dostarcza argumentów za tezą o pasywnej postawie kupujących. Popyt słabnie z każdym dniem w miarę, jak rośnie ryzyko rozpoczęcia korekty w USA. Co prawda, przez większą część wczorajszych notowań WIG20 utrzymywał się na plusie, ale prawdziwe nastroje inwestorów uwidoczniły się w ostatnich 90 minutach. Potwierdziły się obserwacje z poprzednich kilku dni, że gracze są pełni pesymizmu. Wystarczyło słabe otwarcie notowań na Wall Street, by WIG20 w zaledwie godzinę stracił 70 pkt, przechodząc z plus 0,7 proc. na minus 1,25 proc.
Po czterech dniach naruszania bariery 3500 pkt, bronionej jednak na zamknięciach, najważniejszy z giełdowych indeksów w końcu spadł poniżej niej na finiszu sesji. Na fixingu wartość WIG20 spadła do 3479,08 pkt. To najniższy odczyt wskaźnika koniunktury giełdowych gigantów od 2 kwietnia.
Najwidoczniej gracze uznali, że to już początek korekty w Stanach. Dali się jednak wpuścić w maliny, bo tak szybko Dow Jones spadł w pierwszych minutach, jak następnie odrobił straty. Na adekwatny ruch WIG20 było już niestety za późno. Jeśli Dow Jones nadal będzie bił rekordy, prawdopodobnie skłoni to byki w Warszawie do odrobienia części strat. Nie wygląda jednak na to, żeby miało dojść do wybuchu entuzjazmu. Inwestorzy na GPW od półtora tygodnia szykują się na korektę w USA. Nie wydaje się prawdopodobne, by nagle wszyscy rzucili się do kupna akcji.