WIG20 wyrwał się z czeluści piekieł

Maciej Zbiejcik
opublikowano: 2009-01-21 17:31

Środa była kolejną z rzędu sesją próby sił. Tym razem - co było ostatnio rzadkością - górą były byki.

Środa była kolejną z rzędu sesją próby sił. Tym razem - co było ostatnio rzadkością - górą były byki. Indeks WIG20 zdołał dźwignąć się z -3,7 proc. na 2,19 proc. Z pewnością pomogły wzrosty na otwarciu nowojorskiej giełdy. Ale tego należało się spodziewać po mocnych spadkach dzień wcześniej. Jednak do optymizmu jeszcze droga daleka. 

 

Strach na naszym i globalnym rynku jest tak duży, że nie zadziałał nawet efekt Obamy. Zamiast wyczekiwanej poprawy nastrojów po zaprzysiężeniu nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych na giełdach nadal rządzą emocje. Jednym z najjaskrawszych tego przykładów jest nasz rodzimy parkiet, na którym indeksy w szybkim tempie schodzą w dół, by później podejmować próby odrabiania strat.

Tak też było wczoraj. Już na początku sesji WIG20 bez najmniejszych oporów spadł poniżej 1600 pkt. W drugiej części dnia rozpoczęło się odrabianie strat i ostatecznie udało się wyjść na plus. Martwić może fakt, że znowu na cenzurowanym znalazły się banki. Tym razem sygnał do wyprzedaży poszedł z BRE Banku, który we wtorek po sesji poinformował o spodziewanym niskim poziomie wyniku brutto za IV kwartał. Miał być to efekt ponadprzeciętnych rezerw na należności kredytowe oraz transakcje związane z opcjami walutowymi. W rezultacie kurs BRE Banku stracił ponad 8 proc. Po tej informacji w odstawkę poszły inne banki. Akcje Handlowego traciły przez moment nawet 17 proc., a Kredyt Banku - ponad 10 porc. Przecena dopadła także styczniowych liderów wzrostu - Immoeast, Petrolinvest oraz Asseco Business Solutions. Nie zawiodły za to najpłynniejsze blue chipy. Zarobić dały Pekao, PKO BP, TP oraz Orlen.

W najbliższym czasie ciężko będzie o eksplozję optymizmu. Raz po raz sygnały ostrzegawcze puszczają kolejne instytucje finansowe strasząc inwestorów coraz groźniejszym kryzysem. Ostatnio pojawiły się prognozy Banku Światowego, że w 2009 roku inwestycje bezpośrednie na rynkach wschodzących mogą spaść o ponad 30 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim, co stanowiłoby wartość 180 mld dolarów. Niepomyślne dla nas wiadomości płynęły wczoraj także z Niemiec. Największa gospodarka w Europie może w 2009 r. skurczyć się o 2,25 proc. To szacunki resortu gospodarki Niemiec. Tak znaczące spowolnienie odbiłoby się na naszych przedsiębiorcach, dla których zachodni sąsiedzi są najważniejszym partnerem handlowym.

Pojawiają się też optymistyczne sygnały, ale jest ich niewiele. Mało tego. Inwestorzy nie biora ich poważnie. Chodzi o premiera Waldemara Pawlaka, który uznał, że dużo bardziej prawdopodobna jest realizacja prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski w 2009 r. przedstawiona przez Komisję Europejską, niż ta podana przez analityków JP Morgan. W poniedziałek komisja ujawniła swoją prognozę na poziomie 2 proc. Tego samego dnia pojawiły się szacunku JP Morgana zakładające zerową dynamikę.

Co dalej? Inwestorzy na całym świecie żyją sezonem wyników w USA. U nas na dobre karuzela związana z wynikami rozpocznie się na dobre dopiero w lutym. Jednak już teraz gołym okiem widać, że na rynku trwa przetasowanie pod kontem spółek, które mogą zaskoczyć negatywnie bądź pozytywnie. Już teraz większość uczestników rynku spodziewa się słabych wyników za IV kwartał, co może znacznie utrudniać dalsze odbicie.