Fachowa opinia o Polakach na olimpiadzie w Atenach: na faworytów nie liczmy — jedni nie potrafią wygrywać, innych po prostu nie ma. Reszta? Ma szansę... doprowadzić nas do szewskiej pasji. Jak zwykle.
Stanisław Stefan Paszczyk, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego: Po co ten wywiad?
„Puls Biznesu”: Nie rozumiem?
Niech mi pan powie: dlaczego rozmawiamy?
Dlatego, że chciałbym na przykład wiedzieć, jak przebiegają polskie przygotowania do igrzysk i skąd bierzecie na to pieniądze? Podobno w kasie PKOl nie ma nawet złotówki z budżetu państwa?
Prawda, nie korzystamy ze środków budżetowych. Polski Komitet Olimpijski to organizacja pozarządowa, działającą jako związek stowarzyszeń i innych osób prawnych, realizujących cele i zadania ruchu olimpijskiego. Jesteśmy całkowicie wolni od nacisków kolejnych rządów i układów politycznych. W polskich realiach to bardzo ważne, bo tylko tak jesteśmy w stanie pozostać w pełni niezależną organizacją, zachować wysoką rangę społeczną i spełniać misję: promować ideę olimpijską...
Misja misją, a pieniędzy nigdy za dużo...
W tym parlamencie były nawet próby przeforsowania zapisu o dofinansowaniu z budżetu państwa Trybunału Arbitrażowego do spraw Sportu przy PKOl. Z kieszeni ministra sportu zamierzano wygospodarować dla nas okrągłą sumę.
Okrągłą sumę, czyli...?
Milion złotych.
Trzeba było brać!
Nie! Nigdy nie wisieliśmy u klamki ministra... Pod tym względem możemy służyć za wzór dla innych komitetów olimpijskich. Takie rozwiązanie obowiązuje tylko w Polsce.
A w Hiszpanii? Możemy się z nią równać? Dobrze Pan zna tamte realia — pracował Pan przy organizacji igrzysk w Barcelonie...
W Hiszpanii tak nie jest... Tam część pieniędzy pochodzi z budżetu. Ale pozwoli pan, że skończę... Środki finansowe dla PKOl pochodzą z dwóch źródeł. Po pierwsze: w 1993 roku powołaliśmy do życia Polską Fundację Olimpijską. Cel — gromadzenie środków na przygotowania polskiej reprezentacji olimpijskiej i koszty udziału reprezentacji w igrzyskach.
Swoje zadania realizuje ona, pozyskując sponsorów — podkreślam! — nie darczyńców. W tym celu stworzyliśmy polski znak olimpijski (nie mylić ze znakiem PKOl). Ze sponsorami podpisujemy umowy: mają prawo wykorzystywać znak w materiałach promocyjnych — klasyczny przykład: TP SA. Poza tym loga sponsorów polskiej reprezentacji pojawiają się na większości imprez przez nas organizowanych, w materiałach prasowych itp. Mamy też podpisane umowy z telewizją publiczną, Polskim Radiem, „Rzeczpospolitą” i „Przeglądem Sportowym”. Sponsorzy mają prawo do 5-proc. rabatów — prócz tego, co sobie sami wytargują! — przy emisji reklam w tych mediach w czasie trwania igrzysk. Co jeszcze? Mamy swój program w TVP1 — tam też staramy się pamiętać o sponsorach...
„Echa stadionów”?
Ten tytuł to — niestety — pozostałość, którą zgodziliśmy się zachować po dawnym programie telewizyjnym. Dzisiaj jest on w 100 proc. finansowany przez PKOl. Niedawno w rozmowie z panem prezesem Janem Dworakiem nie omieszkałem wspomnieć, że akurat w tej dziedzinie telewizja publiczna zupełnie nie spełnia swej misji i musimy to robić za nią. Przecież TVP winna realizować taki program na swój koszt!
Wracając do form finansowania komitetu... W sumie, wskutek naszych komercyjnych działań, ponad 20 proc. wydanych kwot wraca — w różnej formie — do sponsorów. Drugim źródłem utrzymania PKOl pozostaje Fundacja Centrum Olimpijskie. To dzięki niej powstało Centrum Kultury i Edukacji Olimpijskiej (przy Wybrzeżu Gdyńskim 4 w Warszawie) — oddamy go do użytku za kilka dni. Ta instytucja gromadzi środki pochodzące od ofiarodawców — instytucji, osób prywatnych. Europejskie Stowarzyszenie Komitetów Olimpijskich zaleciło nam zaproszenie wszystkich komitetów europejskich na przekazanie Centrum Edukacji Olimpijskiej — m.in. po to, by ich przedstawiciele szczegółowo zapoznali się z naszym systemem samofinasowania. Dostaliśmy na to z europejskiego stowarzyszenia 60 tys. USD — oczywiście do rozliczenia... To dowód, że nasze rozwiązania są oceniane bardzo wysoko.
Panie prezesie, o jakich pieniądzach w ogóle rozmawiamy? Ile potrzebujecie na przygotowania do olimpiady, ile na wyjazd?
Roczny budżet PKOl sięga — średnio — 4-5 mln zł. W roku olimpijskim — 10 mln.
Wystarcza?
Nie narzekam.
Ale niedawno Pan narzekał... Że jeszcze kilka miesięcy temu stan naszej reprezentacji olimpijskiej był opłakany. Bał się Pan, że to będzie jedna z najmniej licznych ekip w historii polskiego sportu...
Rzeczywiście, grupa polskich sportowców wyjeżdżających na olimpiadę z roku na rok się kurczy. Ale, nie miałem na myśli warunków finansowych i budżetu PKOl. Chodziło o przygotowanie reprezentacji...
Słabe?
Bardzo.
Dlaczego?
To przykre, co powiem, ale zainteresowanie państwa sportem jest u nas praktycznie zerowe.
A w innych krajach?
Nawet nie ma co się doszukiwać takich porównań... W roku 1990 na sport wydawano w Polsce 0,5 proc. z budżetu państwa, obecnie — 0,07 proc. To powinno panu wystarczyć za komentarz.
Wystarczy... Tyle, że przed chwilą cieszył się Pan, że PKOl nie bierze złotówki z budżetu.
Ale tu nie chodzi o komitet, lecz w ogóle wydatki na sport i kulturę fizyczną. Zero!
A oczekiwania ogromne! Znów miliony — głodnych sukcesu — Polaków będą czekać na cud przed telewizorami!
Powiedział pan to za mnie.
A polskie związki sportowe — tam nie dzieje się zbyt dobrze? Też chyba ponoszą winę?
Proszę pana... W polskich związkach sportowych dzieje się źle! Bardzo źle!
Nie może Pan bezpośrednio ingerować w działalność związków?
Nie mogę.
To w jaki sposób Pan na nie wpływa?
Mogę tylko rozmawiać, przekonywać.
A gdyby PKOl sprawował formalny nadzór nad związkami? Może by się coś zmieniło?
Nie ma sensu rozmawiać o czymś, czego nie ma.
Może polscy zawodnicy są za słabo motywowani finansowo do walki w eliminacjach olimpijskich? Może za niskie nagrody im proponujecie za dobre wyniki na igrzyskach?
Te nagrody nie mają zawodników motywować. Oni o tym naprawdę nie myślą w czasie zawodów. Chodzi o to, żeby później, kiedy już skończą sportowe kariery, zapewnić im start życiowy. Żeby, kiedy już wejdą w „dorosłe życie”, mieli samochód i — może — chociaż połowę pieniędzy na zakup mieszkania.
Największe braki w polskiej reprezentacji olimpijskiej?
Przede wszystkim w grach zespołowych: pokutuje syndrom tzw. dowożenia wyniku. Nie potrafimy walczyć do końca. Osiągamy dobry wynik, a potem — zamiast walczyć dalej — bronimy go. Za wszelką cenę i bez skutku! Największe straty ponieśliśmy w czterech dyscyplinach. Koszykówka — mieliśmy kobiecy zespół z absolutnymi szansami na medal. Niestety: wygrywając na 15 minut przed końcem meczu 17 punktami, przegraliśmy z Hiszpanią. Piłka ręczna — po meczu w Polsce mieliśmy przewagę 4 bramek. Pojechaliśmy na Półwyep Iberyjski — i przegraliśmy pięcioma! Jedna bramka zadecydowała, że nie będzie nas w Atenach! Typowo polskie. No i piłka nożna — dyscyplina, w którą bardzo się zaangażowałem, bo zależało mi, żebyśmy się zakwalifikowali, bo akurat na igrzyskach olimpijskich w tej dyscyplinie mieliś-my szanse na sukces. I co? Najpierw remis na Białorusi, a to, co się stało we Wronkach... Katastrofa... Trudno logicznie wytłumaczyć. A siatkówka kobiet...
Tu należałoby mieć raczej pretensje do systemu kwalifikacji. Przecież to paranoja, by mistrzynie Europy nie miały prawa występu na olimpiadzie!
Żadna paranoja! System kwalifikacji był znany od dawna. Należało się do niego po prostu dostosować! Tu wychodzą braki i błędy związków — szkoleniowe, organizacyjne, finansowe... Inna sprawa to dyscypliny, które do niedawna nie były olimpijskimi — i nagle znalazły się wśród sportów olimpijskich. I to też polska specyfika, że dopóki dyscypliny są lekceważone, odnosimy sukcesy. A kiedy MKOl podnosi rangę takich sportów, wszystkie kraje rzucają się na nie, bo pojawiają się szanse na medal — i sponsorzy, duże pieniądze z budżetu. A w Polsce? Nic się nie zmienia. Pokutuje myśl: skoro już jesteśmy, to po co zmieniać... A to się mści! Przykład: zapasy kobiet i pięciobój nowoczesny. Co do sportów indywidualnych...
Szermierka?
Oczywiście! Totalna porażka! Nie będzie pełnej reprezentacji w żadnej broni. Przecież zawsze mieliśmy we wszystkich! To już Egipt będzie miał reprezentację we wszystkich rodzajach. A my? Tylko trzech zawodników — taka strata!
Też zawalił związek?
Absolutnie tak.
A przypadek Leszka Blanika?
To zupełnie co innego. Zresztą Blanik ładnie się zachował i sam przyznał, że to jego wina. Od dawna znał zasady kwalifikacji. Co z tego, że w skoku wygrywał zawody Pucharu Świata, skoro eliminacje były w wieloboju, a tam całkowicie zawalił: zabrakło kilkunastu punktów. Ale on sam nie ma do nikogo pretensji. Jest pierwszy na liście rezerwowych. Można mieć nadzieję, że nie wszystko stracone, ale nie wypada... Dlatego, że kandydaci z list rezerwowych wchodzą na miejsca zawodników, którzy są kontuzjowani, chorują, ulegli wypadkowi... Jednym słowem to tak, jak byśmy liczyli na czyjeś nieszczęście. Tak nie można. Ale... Blanik miałby szansę na medal.
Ostatnio prosił Pan, by nie pytać o liczbę medali, które zamierzacie przywieźć z Aten. Ale zapewniał Pan, że wyniki będą przyzwoite.
Przede wszystkim: nie zapewniałem!
No dobrze — miał Pan nadzieję...
Nie ma nic gorszego, niż obrona przewidywanych wyników po zakończeniu zawodów. Dlatego nigdy niczego nie obiecuję. A w przypadku Polaków dochodzi jeszcze jeden aspekt. Po prostu — nie potrafimy być faworytami. Bo — na przykład — Amerykanin w roli zwycięzcy sprawdza się doskonale. Mistrz z USA startuje bez obciążeń, ze świadomością, że jest najlepszy. Kiedy przegrywa, stara się jak najszybciej zatrzeć złe wrażenie — wygrać następne zawody. A Polak? Jeżeli pojawia się w roli faworyta, od razu się zastanawia: co będzie, kiedy nic z tego nie wyjdzie? Myśli o olbrzymiej odpowiedzialności. Sukces Polaka nie wzmacnia, tylko osłabia! A jak przegra? Katastrofa! Potwornie się załamuje i wtedy już nic nie wychodzi — vide: przykład Pawła Nastuli. W Sydney rozmawiałem z jego trenerem. Mówił, że jeszcze na minutę przed wejściem na tatami Nastula był mistrzem olimpijskim. Niestety, moment walki — i „zapomniał, jak się nazywa”. Zjadł go stres. Wychodzą braki w przygotowaniach psychofizycznych.
I kwestia polskiej mentalności.
Tak, ale skąd ona się bierze? Długo się zastanawiałem na podłożem takiego stanu ducha... Wydaje mi się, że istnieje coś takiego, jak uwarunkowania historyczne i genetyczne. Mamy to we krwi. Polak zaczyna odnosić sukcesy, kiedy go przyprzeć do muru. Ja tę polską specyfikę często porównuję do Samossierry. Dopiero jak się znajdziemy w tym wąwozie, bez szansy odwrotu i jedynym wyjściem z sytuacji jest frontalny atak — wygrywamy. Niech pan sobie przypomni sobotni horror piątego seta z Portugalią. Kwalifikacja coraz bardziej się oddalała — nasi siatkarze przegrywali już 10:7. I co? Nie mieli wyjścia, musieli zaatakować, pójść na całość. No i wygrali!
