Ministerstwo Edukacji Narodowej dołączyło do niechlubnego grona resortów, które mają problemy z ogłaszanymi przez siebie przetargami. Na razie przoduje w tej konkurencji ministerstwo spraw wewnętrznych, ale ministerstwo edukacji dzielnie depcze mu po piętach. Relacjonujemy na łamach „Pulsu Biznesu” kolejne przetargowe porażki od wielu miesięcy, za to z coraz większym przygnębieniem. Wygląda na to, że nikt się na tych błędach nie uczy. Opisywane przez nas tym razem nieprawidłowości dotyczą niewielkiego przetargu, nie zmienia to jednak faktu, że przetargowe procedury okazują się zbyt trudne dla ministerialnych urzędników.
Takie sytuacje w zasadzie nie powinny nas dziwić — korpus służby cywilnej z profesjonalnymi urzędnikami jest u nas wciąż w zarodku. Co gorsza, nie cieszy się zaufaniem kolejnych ekip, które jak tylko mogą, zmieniają prawo regulujące rekrutację urzędników. Powody są oczywiste — może ci urzędnicy są profesjonalni, kto ich tam wie. Na pewno zaś są niepewni politycznie. Efekty łatwo przewidzieć — przy każdej zmianie konfiguracji politycznej po wszystkich resortach hula personalna zawierucha. Jeżeli dodamy do tego aktywność posłów w zmienianiu prawa, o wypracowaniu jakichkolwiek stabilnych procedur nie ma nawet co marzyć.
Dlatego jako ministrów częściej oglądamy wizjonerów niż urzędników — a każde ministerstwo, niezależnie do swojej dumnej nazwy, jest tylko urzędem. Obecny minister edukacji nie ma głowy do swojego resortu, bo musi sklejać koalicję i walczyć o przetrwanie swojej partii. A gdy już się rzuci w wir ministerialnej pracy, to woli zapowiadać wprowadzenie wychowania patriotycznego i mundurków szkolnych, bo to dumnie brzmi i jest stosunkowo łatwe do realizacji (rezultaty to inna sprawa). Przetargi, w dodatku na komputery, to już śmiertelna nuda — zawiłe procedury, setki dokumentów, które — o zgrozo — są gęsto usiane liczbami. Lepiej tego nie dotykać, bo można coś zepsuć. I resort nie dotyka. Przetargi nie są organizowane.
Gdyby był to tylko problem ministra edukacji, to pół biedy. Niestety, polskie ministerstwa usiane są takimi wizjonerami. Resorty są przez obecną ekipę odzyskiwane tylko po to, by snuć wizje: IV RP, obrony majątku narodowego, twardej polityki zagranicznej itp. A nam się marzy ekipa przeraźliwie nudnych, za to szalenie pracowitych ministrów. Takich, którzy wolą przesiadywać nad papierami w swoich gabinetach niż nad szklaneczkami z wodą sodową (często uderzającą do głowy) na konferencjach prasowych. Tacy ludzie istnieją i czasem udaje się ich znaleźć, by wspomnieć nieodżałowanego śp. Andrzeja Bączkowskiego. Może przy kolejnym politycznym rozdaniu warto się właśnie za takimi kandydatami rozejrzeć.