Wizyta amerykańskiego sekretarza stanu nie ma porównania z wizytą prezydenta USA, ale dotyczy to głównie warstwy protokolarnej, propagandowej i organizacyjnej. Bo merytorycznie się liczy, wszak sekretarz stoi kompetencyjnie wyżej niż w jakimś innym kraju minister spraw zagranicznych, jako że w USA nie ma stanowiska premiera.

John Kerry wypowiedział wczoraj wiele równie miłych dla Polski, co pustych merytorycznie zdań. Przykładem było jego spotkanie z biznesem, zorganizowane przez Amerykańską Izbę Handlową w Polsce. Głównie promował tam negocjowaną właśnie umowę o wolnym handlu między UE a USA. To faktycznie projekt historyczny, mający ogromne znaczenie również dla Polski. Nasze relacje dwustronne reguluje przestarzały już traktat z 1990 r. o stosunkach handlowych i gospodarczych, wzmocniony dodatkowym protokołem.
Możliwości polskiej gospodarki po trwających blisko ćwierć wieku przemianach są zupełnie inne niż wtedy, gdy umowę podpisywano. Notabene druga runda negocjacji UE z USA zaczyna się 11 listopada. Trudno uniknąć wrażenia, że wyjątkowe akcentowanie ich znaczenia przez Johna Kerry’ego — Warszawa była jego jedynym przystankiem w Europie — to chwyt mający zatrzeć fatalne wrażenie po amerykańskiej kompromitacji podsłuchowej.
Eksportujące w cały świat polskie przedsiębiorstwa, w tym małe i średnie, mają zdolność wchodzenia na rynek amerykański. Jednak USA wciąż znajdują się poza kręgiem zainteresowania większości naszych eksporterów i potrzeba wielu wysiłków, aby zwiększyć handlowy strumień w obu kierunkach. Problemem oczywiście jest odległość, ale nie tylko. Zwłaszcza dla drobnego biznesu barierą nadal pozostaje konieczność uzyskania amerykańskiej wizy. Często to problem bardziej psychologiczny niż realny — ale jest.
Ten palący temat znalazł się na zupełnym marginesie wizyty sekretarza stanu. Wielka szkoda, bo właśnie z jego firmy, Departamentu Stanu, wychodzą na bieżąco instrukcje dla konsulów w Warszawie i Krakowie, tworzące praktykę polityki wizowej. Odsetek odmów na polskie wnioski spadł już poniżej 10 proc., ale wciąż daleko mu do wymaganego przez amerykańskie prawo progu 3 proc. Gdyby John Kerry naprawdę chciał, mógłby wiele zmienić bez tykania nawet słowa w twardej ustawie. Jej złagodzenie obiecują nam kolejni prezydenci, zgłaszane są w Kongresie USA różne projekty, które nawet wygrywają cząstkowe głosowania, ale nic się nie zmienia.
Rzeczpospolita Polska pozostaje dla władz USA czarną owcą w Unii Europejskiej. Programem bezwizowym dawno została objęta reszta Grupy Wyszehradzkiej, a także poradzieckie republiki bałtyckie. Oprócz Polski w wizowym rezerwacie trzymani są przez Wielkiego Brata tylko trzej najmłodsi członkowie UE z Bałkanów, którzy nie zostali jeszcze przyjęci do strefy Schengen (Bułgaria, Rumunia, Chorwacja), oraz nieustabilizowany Cypr. Wobec konsekwentnie utrzymywanej dyskryminacji Polaków wszelkie deklaracje polityków o partnerstwie strategicznym czy mrzonki o tarczy antyrakietowej, która ma się zmaterializować „już” w roku 2018 — pozostają dla polskiego społeczeństwa abstrakcją.