Wkrótce zostaniemy powodzianami

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2013-05-29 00:00

Jeśli zapowiedzi rządu się sprawdzą, w ciągu najbliższych dwóch tygodni dowiemy się, co dalej z otwartymi funduszami emerytalnymi (OFE) — czy zostaną zlikwidowane, czy tylko przycięte.

Mając w pamięci słowa wicepremiera Jacka Rostowskiego, że drugi filar emerytalny to „pułapka, z której trzeba Polaków wyprowadzić”, wydaje się, że pozostawienie systemu bez zmian nie wchodzi już w grę. Rząd już dawno uznał, że dla finansów publicznych wysiłek odkładania pieniędzy w OFE jest nie do udźwignięcia i trzeba się tego ciężaru pozbyć — w całości albo w dużej części.

Choć tłumaczenie to wydaje się pójściem na skróty (gdyby rząd się uparł, obciąłby wydatki gdzie indziej, a na OFE pieniądze znalazł), nie to jest najgorsze. Jeszcze bardziej niebezpieczne jest to, że nie proponuje on żadnego innego rozwiązania, które byłoby alternatywą dla OFE. Pamiętajmy, że reforma emerytur kapitałowych z 1999 r. miała jasno określony cel — miała nas chronić przed skutkami kryzysu demograficznego, który za około dekadę zacznie nękać naszą gospodarkę i nasz system emerytalny. Może OFE nie były najlepszym możliwym orężem przeciwko demografii, ale zawsze dawały jakiś efekt. Uskładaliśmy przez ten czas około 270 mld zł i o tyle w przyszłości zmniejszą się zobowiązania ZUS wobec obywateli. Przy 2 bln zł zobowiązań ZUS to ciągle niewiele, ale zawsze coś. Gdyby nie OFE, te pieniądze pewnie byłyby już przez rząd wykorzystane na bieżące wydatki (na drogi czy szkoły, ale też na aparat administracyjny i całą masę innych zbędnych celów). Tymczasem rząd prawdopodobnie rozmontuje OFE i nie da nic w zamian. Cofniemy się w ten sposób o 14 lat, a kryzys demograficzny zbliża się wielkimi krokami i nie będzie żadnego parasola, który by przed nim nas osłonił. Ponadto tym razem na działanie została nam już tylko dekada, a nie dwie i pół jak w 1999 r.

Rząd zachowuje się jak potencjalna ofiara powodzi. Prognozy mówią jednoznacznie, że idzie wielka woda i trzeba się na nią przygotować. Mieszkańcy domostwa w pocie czoła układają więc worki z piaskiem wokół domu. Po kilku dniach ciężkiej pracy głowa rodziny uznaje jednak, że worki to niedoskonała zapora przeciwpowodziowa, bo są miejsca, gdzie nie jest szczelna. Może i uratuje nam się parter, ale piwnica i tak niechybnie zostanie zalana. Ponadto noszenie worków jest strasznie męczące, a kto lubi się męczyć? Głowa rodziny każe więc wszystkim wynieść worki pod płot, siada w fotelu i w spokoju włącza telewizor. Choć gospodarzowi koncepcja z workami — słusznie czy nie — nie przypadła do gustu, nie pomyślał o żadnym innym zabezpieczeniu. Za kilka dni przychodzi więc powódź i zalewa nie tylko piwnicę, ale też salon kuchnię i sypialnię, o telewizorze i samym gospodarzu nie wspominając. A prawdziwy wysiłek dopiero przed nim. Teraz to dopiero trzeba będzie się namęczyć, żeby ten bałagan posprzątać.