Włosi dają przykład, jak zwyciężać

Marcin Bołtryk
opublikowano: 20-12-2007, 00:00

Dwa tygodnie temu we Włoszech rozpoczął się wielki strajk transportowców. Skończył się po trzech dniach. Pozostały straty i… lekcja.

Na razie nie grozi nam „włoski” strajk

Dwa tygodnie temu we Włoszech rozpoczął się wielki strajk transportowców. Skończył się po trzech dniach. Pozostały straty i… lekcja.

Strajk kierowców aut ciężarowych i dostawczych sparaliżował transport drogowy w całych Włoszech i odbił się na wynikach firm nawet spoza tego kraju. Jeszcze przed strajkiem szacowano, że akcja kierowców będzie kosztowała włoską gospodarkę 5 mld euro.

Organizatorzy domagali się od rządu takiej polityki wobec ich grupy zawodowej, która pomogłaby ożywić sektor i uchronić przed upadkiem wiele firm transportowych. Postulaty dotyczyły również obniżenia cen paliwa, które stanowią największą składową kosztów prowadzenia działalności transportowej.

Krwiobieg

Trzydniowy protest okazał się bardzo uciążliwy dla włoskiej gospodarki i obywateli. Ucierpiały przedświąteczny handel, produkcja, nie wspominając o paraliżu dróg i autostrad.

W odpowiedzi na postawione organizatorom akcji protestacyjnej zarzuty sparaliżowania transportu w gorącym okresie przed świętami transportowcy przypominali, że strajk zapowiadali już ponad miesiąc temu i zostali, jak twierdzą, zlekceważeni przez rząd. Włochy więc zamarły.

Po trzech dniach porozumienie z rządem zawarły największe stowarzyszenia transportowców, zrzeszające większość przedstawicieli tej branży. Ugoda dotyczy ustalenia wysokości minimalnych taryf przewozowych, walki z nieuczciwą konkurencją ze strony obcych firm transportowych i kontroli cen paliwa.

Liczenie strat spowodowanych przez trzydniowy strajk jeszcze trwa. Szacuje się, że sam sektor paliwowy stracił około 300 mln euro, a handel kolejne 2 mld euro. Straty w rolnictwie oblicza się na 50 mln euro… dziennie.

Bardzo ucierpiał również przemysł. 12 grudnia pracy nie pracowało 25 tysięcy robotników zakładów Fiata, zamkniętych z powodu braku surowców i części do produkcji.

— Strajk we Włoszech w sposób dobitny pokazał znaczenie branży transportowej dla sprawnego funkcjonowania gospodarki. Bez nas żadne państwo nie może dziś spełnić niezbędnych zadań na rzecz swoich obywateli. Decydenci o tym ewidentnym fakcie zapominają, a teraz, we Włoszech, boleśnie tych zależności doświadczyli. Współczujemy z powodu kłopotów, jakie stały się udziałem wszystkich obywateli — komentuje Jan Buczek, prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce.

Prośba o pomoc

Strajk we Włoszech uderzył po kieszeniach także polskich przewoźników, którzy w tych dniach nie mogli realizować przewozów.

Do polskich służb konsularnych we Włoszech trafiały podobne do tej prośby o pomoc od polskich przewoźników: „Niniejszym informuję o fakcie zatrzymania naszego pojazdu w okolicach Neapolu (...). Nasz pojazd, jak i kilkadziesiąt innych polskich aut, jest zablokowany na autostradzie, próby odjazdu kierowcy lub nawet uruchomienia pojazdu kończą się groźbami spalenia pojazdu, podziurawienia opon lub plandeki. (…) W naszym pojeździe jest obsada dwuosobowa, kierowcy zgłaszają brak napojów i żywności. Do najbliższej toalety jest około 5 km. Ani organizatorzy strajku, ani inne służby nie interesują się sytuacją socjalną zablokowanych kierowców. Kierowcy czują się zagrożeni i obawiają się o swoje życie.”

Negatywne skutki włoskiego strajku odczuła więc spora część polskich przewoźników międzynarodowych.

— W straty trzeba będzie zaliczyć dodatkowe koszty paliwa w agregatach chłodniczych, ponadprogramowe diety kierowców, czasem nawet koszty napraw uszkodzonych pojazdów oraz kary wynikające z niedotrzymania terminów dostaw. Ale nie możemy powiedzieć, że jesteśmy przeciwni działaniom, które zwracają uwagę na problemy naszej branży — ocenia Jan Buczek.

Z Włoch do Polski?

Akcja kierowców włoskich powinna uświadomić rządom, jakie znaczenie gospodarcze i polityczne mogą mieć protesty w branży transportowej, jeśli tylko zorganizowane są na masową skalę. Dezorganizacja handlu czy zaopatrzenia fabryk pociągnęły za sobą poważne napięcia polityczne.

Dotyczy to zresztą nie tylko transportu drogowego, ale również np. kontrolerów ruchu lotniczego, personelu pokładowego czy obsługi naziemnej, które niejednokrotnie paraliżowały lotniska w Paryżu czy Londynie. W świecie demokratycznym, gdzie o sukcesie decyduje realne poparcie wyborców, nie można tego lekceważyć.

— Myślę jednak, że polski rząd może spać spokojnie. Na razie nie dostrzegam zjawisk, który mogłyby być przyczyną tak poważnych akcji protestacyjnych. Warto zresztą zwrócić uwagę, że nasi przewoźnicy korzystają na deregulacji i liberalizacji transportu w Europie. Dzięki temu mogą świadczyć usługi nie tylko w Polsce, ale też np. pomiędzy Francją i Wielką Brytanią. A akcja włoska miała na celu zwiększenie interwencjonizmu ze strony państwa, czyli czegoś, co tak naprawdę nie służy rozwojowi wolnej, liberalnej gospodarki — zauważa Robert Pastryk, dyrektor handlowy w spółce Diera.

Dodaje, że jest jeszcze jeden powód, dla którego podobna akcja w naszym kraju nie ma szans powodzenia.

— Nie ma w Polsce organizacji czy stowarzyszeń, które byłyby w stanie podobne akcje zorganizować i koordynować. Środowisko jest zatomizowane, bez jasnych, szeroko akceptowanych i popieranych celów — mówi Robert Pastryk.

Marcin Bołtryk

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu