Otwieranie się nowych frontów jeszcze niedawno było wręcz niewyobrażalne. Iskrzy na wszystkich stykach współdecydowania Rady Ministrów lub Sejmu/Senatu z prezydentem RP.
Najnowsza wieść mnie osobiście zdumiała, ponieważ coś takiego zdarzyło się pierwszy raz w III RP. Oto w czwartek nie doszło do formalnego powołania przez prezydenta nowych członków Rady Dialogu Społecznego (RDS) ze strony rządowej. Zarówno w dawnej epoce Komisji Trójstronnej, jak też po zastąpieniu jej w 2015 r. przez RDS prezydent wręcza techniczne akty powołania członkom, których wyznaczają strony udziałowców. Równoboczny trójkąt RDS tworzą: rząd, reprezentatywne organizacje pracodawców (zasiada ich sześć) oraz centrale związkowe (zasiadają trzy). Odrębnym wątkiem jest radykalne obniżenie przez PiS znaczenia RDS, której decyzyjność stała się zerowa. Niemniej Andrzej Duda zawsze wręczał członkom dyplomy, wygłaszał te same puste formuły etc. Notabene strona społeczna od lat ubolewa z powodu niskiej reprezentacji rządu, kierownikiem delegacji zwykle jest minister pracy, bardzo wyjątkowo zjawia się premier. Obecnie następuje całkowita wymiana boku rządowego RDS, Donald Tusk listę wysłał prezydentowi 5 stycznia. Andrzej Duda długo zwlekał, w końcu uroczystość nominacyjną wstawił w swój kalendarz 25 stycznia po południu. Trafiło to na posiedzenie Sejmu, chociaż akurat w porę bez głosowań. Mimo to ekipa rządowa hurtowo nie stawiła się po odbiór dyplomów. Są podpisane, zatem mogą być przekazane pocztą, bo ich otrzymanie przez ministrów jest konieczne dla zorganizowania pierwszego plenarnego posiedzenia RDS po zmianie rządu. Gospodarzem takich zbiórek bywał w Sali Kolumnowej właśnie prezydent, ale w obecnej sytuacji nie wiadomo, czy rząd nie będzie chciał spotkać się z partnerami z RDS bez pośrednika i znacznie skromniej w Centrum Dialogu Społecznego.
Protokolarna obstrukcja strony rządowej ma kilka przyczyn. Jedną jest na pewno oburzające nie tylko samą koalicję 15 października, lecz wielką część społeczeństwa demonstracyjne bratanie się Andrzeja Dudy z ułaskawionymi, a tym samym ostatecznie winnymi (na tym polega od tysięcy lat ułaskawianie przez władców) i prawomocnie skazanymi za przestępstwa urzędnicze Mariuszem Kamińskim i Maciejem Wąsikiem.
Ważniejsze jest jednak zaogniające się starcie o Państwową Komisję Wyborczą (PKW). Od początku III RP składała się ona z powoływanych przez prezydenta sędziów, po trzech delegowanych przez Trybunał Konstytucyjny (TK), Sąd Najwyższy (SN) oraz Naczelny Sąd Administracyjny (NSA). PiS po przejęciu władzy przeforsowało upartyjnienie PKW, sędziów generalnie wyrzuciło, pozostawiając tylko po jednym z TK i NSA, zaś wskazanie siódemki członków przekazując Sejmowi. Notabene zdumiewa, że Jarosław Kaczyński dokonał ogromnego przeoczenia, bo kadencja politycznych nominatów do PKW przypisana została do kadencji parlamentu. Dopilnował jednak, by skład ekipy Sejmu był proporcjonalny do liczebności klubów poselskich, albowiem zakładał, że PiS najwięcej mandatów będzie miało po wieki wieków. Obecny Sejm uchwałą z 21 grudnia 2023 r. w siódemce wybrańców do PKW uwzględnił kandydatów klubów w następującej liczebności: PiS i KO po dwóch, natomiast PSL, Polska 2050 i Lewica – po jednym. Andrzej Duda zakwestionował taki podział i absolutnie nie ma zamiaru podpisać nominacji, oczekuje przyznania PiS trzech miejsc. Skład upartyjnionej PKW zyskuje ogromnie na znaczeniu w takich okolicznościach, jak np. spór o mandaty poselskie Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Odchodzący wkrótce skład PKW żadnej uchwały dotychczas nie podjął…

